wtorek, 23 października 2007

23 października 2007 - podsumowanie

Witam

Miesiąca cudów nigdy nie nazwę miesiącem porażek. Fakt, głównego celu - osiągnięcia (przyciągnięcia, otrzymania) 10 000 zł nie udało mi się osiągnąć. Nie robiłem też codziennie wpisów.

Za to w innych dziedzinach osiągnąłem wspaniałe rezultaty. Zacznę od pieniędzy: we wrześniu przypływ gotówki do mojego portfela wyniósł 150 zł. W Październiku 1610 zł. (dla porównania w lipcu, kiedy pracowałem w młynie zarabiałem 800 zł).
Z leniucha powoli robię się pracusiem. Postawiłem swój świat do góry nogami. Zamiast wstawać o 10 wstawałem o 5. Przez więcej niż godzinę dziennie każdego dnia zdobywałem nową wiedzę i chłonąłem nowe informacje. Wytworzyłem w sobie nawyki zorganizowanego działania, zarządzania czasem i z czego jestem najbardziej dumny (a miałem z tym ogromne problemy) wytworzyłem sobie nawyk robienia wszystkiego od razu.

Złamałem wiele reguł i schematów w których tkwiłem. Zacząłem od prostych rzeczy jak: kupowanie innego jedzenia, coraz częściej wybieram rower zamiast samochodu, pracuję w bardziej rzetelny i zorganizowany sposób. Wprowadziłem sobie zwyczaj planowania swoich działań - chociaż nie zawsze miałem czas żeby wszystko od A do Z zrealizować.

Było trochę przeszkód - w tym najwięksżą było moje lenistwo. Nie jest prawdą że nic nie robiłem. Co prawda nie pisałem o tym, ale klienci, z którymi nie udało mi się rozpocząć współpracy mogliby nie być zadowoleni gdybym opisywał to na blogu. Dlatego napisałem tylko o faktycznych realizacjach.

Jestem szczęśliwy i wdzięczny wszystkim, którzy mnie czytali i wspierali. Życzę Wam, żeby Wasze marzenia spełniły się jeszcze szybciej niż się możecie tego spodziewać.

A co do "miesiąca cudów" i dalszych losów bloga.
Einstein powiedział, że "należy wszystko upraszczac jak to tylko możliwe, ale nie bardziej" - widać ja uprościłem cały proces bardziej niż należało. W związku z tym otrzymałem informację zwrotną, że czegoś zabrakło, jakiś krok pominąłem dlatego nie osiągnąłem w pełni mojego celu.
Może przyjąłem zbyt krótki okres czasu, może zbyt mało wysiłku włożyłem niż należało, a może po prostu stare schematy trzymały mnie jeszcze w starych koleinach myślenia.

Miesiąc cudów się nie skończył. Przede mną jeszcze sporo pracy. Aczkolwiek podchodzę do tego również w inny sposób:

Rolnik nie sieje zbierając jednocześnie - na owoce swojej pracy musi chwilę zaczekać. Tak i ja wiem, że dobrze pracowałem i efekty przyjdą w najlepszym dla nich okresie. To tylko kwestia czasu. Ja już zasiałem :-)

Dziękuję jeszcze raz i zapraszam w dalszym ciągu - ponieważ niezależnie od tego co się wydarzy - napiszę o tym. A wierzę, że prędzej czy później osiągnę swój cel. Teraz już jest z górki.

Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego :-)

środa, 17 października 2007

17 październik 2007

Przede wszystkim chcę Ci podziękować anonimowy kolego/koleżanko (z komentarza w poprzednim poście) za uwagi, bo dzięki takowym mogę się rozwijać :-)

Nie wspominałem nic o dumie ani żadnych takich na moim blogu i tak naprawdę nie uważam by jakikolwiek przychód był mniej szlachetny od innego. Co do taty to całkiem ciekawa sprawa. Do tej pory nie przysyłał mi pieniędzy bo kiepsko było z jego finansami. Nie pomagał mi bo akurat miał mniej kasy przez ostatnie pół roku. A tu nagle w tym miesiącu pomógł mi już drugi raz. Jestem mu wdzięczny serdecznie i chciałbym ja jemu też w przyszłości pomagać jak tylko będę potrafił najlepiej.

Co ciekawe, wcale o tę pomoc nie prosiłem. Wcale nie opowiadałem mu o miesiącu cudów ani nie miał możliwości przeczytania tego bloga. A jednak jakimś ciekawym i fajnym zbiegiem okoliczności zarobił więcej i podzielił się ze mną. Czy to złe że dzieli sie ze mną a ja to przyjmuję?

Czy powinienem powiedzieć: Nie? Myślę, że to by było co najmniej głupie. Jestem wdzięczny że pomoc od wszechświata dociera do mnie również w taki sposób.

Co do mojej organizacji. Masz rację. W dziedzinie rachunków (a także jeszcze w kilku innych) nie byłem do tej pory odpowiednio zorganizowany. Co nie znaczy że nie mogę się zorganizować co też uczyniłem 2 dni temu. Teraz każda fakturka czy rachunek jest odpowiednio umiejscowiona chronologicznie w segregatorze i co jeszcze ciekawsze:

Moja kochana żona znalazła rachunki z lipca i sierpnia w jednej ze swoich wielu torebek (że też tam nie szukałem wcześniej). :-))

A po przeanalizowaniu całego roku 2007 okazało się że w maju powstała pewna nieścisłość. W maju zapłaciłem rachunek w terminie a w czerwcu okazało się że saldo jest ujemne. I to ujemne saldo ciągnęło się dalej. Nigdy do tej pory nie zapominałem płacić rachunków. Zawsze robiłem to w terminie. Dlatego do tej pory nie przywiązywałem do nich żadnej uwagi.
Czekam na odpowiedź operatora telewizji kablowej w tej sprawie. Jak wszystko szybko fajnie pójdzie to przeksięguję tę kwotę na listopad i do świąt będzie kablówka z głowy.

Jeszcze raz dziękuję za cenne rady, być może dzięki nim dokonałem wielkiego postępu w moim życiu.

A wracając do miesiąca cudów. Zmieniłem się w stosunku do poprzedniego miesiąca. Z rozespanego i zrzucającego na wszystkich odpowiedzialność leniucha stałem się zdyscyplinowany, odpowiedzialny za własne działania i myśli, a teraz jeszcze staram się zorganizować wszystko jak należy. Teraz chcę być nieposkromionym działaczem. Siadam na katapultę i przecinam linę... Nie ma już odwrotu :-)

A mój cel: zdobycie do soboty pozostalej kwoty 8390 zł. Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego. Ufam i wierzę.

wtorek, 16 października 2007

16 październik 2007miłe zaskoczenie

Miłe zaskoczenie jak na koniec mojego miesiąca cudów. Chociaż zwykle tata przysyłał mi kasę na szkołę raz na miesiąc w październiku przysłał mi drugi raz. Miło. Tym razem nawet więcej bo 700 zł.

Jestem dzieckiem szczęścia i wszechświata. Czuję opiekę nad moją osobą. Czuję oddech mojego Anioła Stróża, który utwierdza mnie, że idę dobrą drogą, że Wszechświat daje mi jeszcze kredyt zaufania.
Może to śmieszne, ale byłem już w strasznym dołku. Myślałem o tym wszystkim w bardzo ciemnych kolorach. Stanąłem przed swiadomością przyznania się gdyby mi się nie udało. Byłem przerażony wizją szyderstwa innych z mojego pomysłu. Na dodatek skończyła się kasa, którą pożyczyłem od siostry w sierpniu i zaczynało robić się gorąco.
Nagle okazało się że nie płaciłem za telewizję kablową od lipca - i za nic nie mogłem dojść jak to możliwe. Przecież jakiś czas temu byłem z tą fakturą w banku. No ale nie miałem kopii więc musiałem wysupłać 240 zł za 3 miesiące abonamentu.
Było strasznie.
A tu dzisiaj taka pomoc. Dziękuję Wszechświecie :-)

a co do mojego celu. Zostało kilka dni. Tylko cuda mogą mnie doprowadzić teraz do takiego rezultatu. Może zagram jutro w totka :-)a może nie. Czas pokaże.

Postanowiłem wierzyć gorąco w to że zdobędę mój upragniony kapitał, a za każdym razem kiedy w mojej głowie pojawi się jakaś wątpliwość robię 10 pompek :-D O dziwo coraz mniej wątpliwości mam mimo tak krótkiego czasu. (to pewnie przez zakwasy)

Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego :-)

Stan konta: 1610 zł :-D

wtorek, 9 października 2007

poniedziałek, wtorek 8-9 października 2007 - biorę się do pracy!

Dużo chaosu miałem w tych moich planach. Musiałem to wszystko usystematyzować.
Generalnie mam 4 projekty.

Firma, doradztwo oraz 2 produkty. Aby to sobie usystematyzować podzieliłem to na zadania

produkt1
- przygotować mapę gmin
- przygotować wzór scenariusza rozmowy
- zadzwonić do odp. gmin i umówić się lub pojechać od razu
- przedstawić produkt i sprzedać
- zebrać zamówienie z kilku gmin
- odwiedzić instytucje EFS, Regionalną Izbę Gospodarczą aby dowiedziec się wszystkiego na temat organizacji dofinansowania dla kilku gmin
- przygotować wnioski
- wykonać projekt

produkt2
- uzyskać pomoc od osoby zajmującej się podobnymi projektami na mojej uczelni
- przekonać go do pomysłu
- zdobyć gotówkę i przygotować prototyp (kurczę, ale by się przydało te 10 000 :-) )
- sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać i jeszcze raz sprzedawać.

produkt1 i produkt2 będę przedstawiał jako możliwość wyboru.

doradztwo
- dzwonić, umawiać się i spotykać z klientami
- zacząć w końcu sprzedawać skutecznie

a co do firmy (oczywiście poza tymi 2 produktami)
- przejrzeć oferty pracy - mogę zaoferować swoje usługi niektórym firmom. Zamiast zatrudnić pracownika łatwiej będzie im zlecić to jednoosobowej firmie. Na pewno taniej i wygodniej.
- sprecyzować do granic możliwości moją ofertę
- wystartować ze stroną www

To by było na razie tyle co do organizacji. Wiem co i jak mam krok po kroku wykonywać. Teraz tylko działanie i trochę szczęścia może mnie przybliżyć do mojego celu.

Dziś tj. 9 października

- odwiedziłem odpowiednie osoby, które mogą mi pomóc. Udało mi się jakąś pomoc uzyskać i pomysł sprzedałem - pozostaje jeszcze jego skuteczna realizacja. Czekam teraz na kontakt osoby z którą mam dalej rozmawiać i działać.

Następny krok jaki muszę wykonać podczas czekania na kontakt odnośnie produktu1 to zająć się realizacją projektu2. Odwiedzaniem gmin i zebraniem informacji odnośnie dofinansowania gmin. Zdobywaniem klientów dla mojej firmy oraz Polskiego Doradztwa Finansowego.


Nie wiem jeszcze jak - ale osiągnę mój cel. Zdobędę te 10 000 zł :-)
Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego
Pozdrawiam

PS. A zrozumialem kolejną banalną rzecz, której jakoś tak świadomie nie mogłem zobaczyć: JEŚLI JAKIEŚ ZADANIE WYDAJE MI SIĘ NIE DO OSIĄGNIĘCIA TO NIE ZNACZY ŻE NIE JEST DO OSIĄGNIĘCIA ALE MOŻE ZNACZYĆ ŻE JEST PO PROSTU ZA DUŻE JAK NA JEDEN RAZ.
Kurczę. Przecież to takie proste. Od teraz jeśli nie będzie mi się chciało wykonać czegoś (z różnych powodów) będę dzielił ten cel na mniejsze kroczki dotąd aż ten maluteńki kroczek będzie tak malutki, że wstyd byłoby go nie wykonać.

niedziela, 7 października 2007

piątek sobota niedziela 5-7.10.2007 Wyzwania

Rozmyślałem o tym jak rozwiązać mój problem. Co powinienem zrobić aby ten cel osiągnąć. Szukałem rozwiązania w jaki sposób zacząć wreszcie zarabiać. Jak znaleźć klientów??

Dziś, tj. w niedzielę przyszło oświecenie. Tak banalne i tak proste,że nawet głupio mi dopiero teraz to rozumieć. Ale lepiej późno niż wcale.

Mianowicie zaraz po przebudzeniu zadałem sobie dziś pytanie: A czy to nie jest tak, że jeżeli chcę sprzedawać przedstawicielstwo handlowe to czy nie powinienem zacząć od siebie? Czy nie powinienem właśnie zacząć od swojej własnej firmy???/

Dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłem. To całkiem zmieniło mój punkt widzenia. Postanowiłem przekształcić ten problem w wyzwanie i zrealizować mój cel zdobycia 10 000 zł.

Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego

piątek, 5 października 2007

czwartek 04 października 2007 - Kolejna kasa

Tym razem z uczelni

Zapłacili mi 160 zł za to że jestem starostą - zwrot kosztów. Tyle, że ja wydałem w ciągu całego semestru dwa razy tyle kasy na paliwo żeby pozałatwiać sprawy "urzędowe" jako starosta. Ehh Dobra jest. Zawsze to kasa, która powiększa mój zysk.

Na koncie jest już 910 zł i jakby nie liczyć to już prawie 10% (9,1% gdyby ciężko było policzyć :-) ).

Dzisiaj mija 14 dni od początku eksperymentu. Połowa czasu. Zdobyłem 10% to oznacza, że muszę się sprężyć i zacząć generować jakoś pieniądze, żeby w ciągu tego okresu przyciągnąć pozostałe 90%. Uda mi się?

Ja w to wierzę. Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego :-)

czwartek, 4 października 2007

Raport z wtorku i środy 2-3 października 2007

wtorek

Załatwiłem "przedostatnie" formalności w ZUS-ie. Teraz już zostało tylko konto bankowe i po sprawie. Wciąż nie mam pomysłu od czego zacząć.

środa

Miałem pewien kłopot z ludźmi, którzy mnie otaczają. Ciągle "ktoś" organizował mój czas prosząc mnie o to czy o tamto. Moje otoczenie uważa, że skoro nie pracuję dla kogoś min. 8 godzin - nie chodzę od rana do zakładu to znaczy że nie pracuję. To że jestem w domu nie oznacza dla nich pracy - wydaje im się że siedzę przed telewizorem i czekam na to aż spadnie deszcz pieniędzy. Wytykają mi że nie ma efektów mojej pracy (oczywiście logicznie potwierdzając że pracując na etacie po miesiącu już jakiś efekt w postaci wypłaty widać). A u mnie nic. Zero.

Miałem nawet o to małą sprzeczkę z żoną i wtedy przyszła mi do głowy historia tego gościa, który kupił sopie łopatę i napierdzielał dziury przez cały dzień. Zupełnie bez celu. Mówił przy tym każdemu że jest bardzo zajęty.
I moim zdaniem taki ktoś potrzebuje, żeby ktoś inny mu powiedział o braku wyników tej pracy. Że kopie bez celu itd.

ALE:
Jest druga wersja tegoż samego zdarzenia. W drugiej wersji kopiący ma wizję. Chce wykopać duże oczko wodne, wyłożyć je folią, obsypać żwirem, wpuścić rybki, posadzić roślinki a ponieważ nie miał innego pomysłu jak zaczęcia od łopaty to wziął się do kopania. Czy taki facet potrzebuje ciągłych komentarzy "po co to robisz", "to bezcelowe", "udajesz że jesteś zajęty" i tym podobne)Przecież on dobrze wie o tym że nie ma jeszcze efektów. Że jest tylko kawałek dziury w ziemi i nic więcej.
On potrzebuje pomocy, kogoś doświadczonego, który powie mu
"słuchaj, wynajmij koparkę, sprzedaj żwir i za sprzedany żwir opłacisz ją i jeszcze Ci zostanie na folię" i tego typu podobne rady będą mu użyteczne.
Nie wszyscy od razu potrzebują żeby ich zje.. znaczy ochrzanić że nie ma efektów ich pracy. Czasem ta osoba może nie mieć siły ciągle tłumaczyć swojej wizji.

Co do mojego celu: Zdobędę te 10 000 - Niech się stanie - to lub coś o niebo lepszego

PS. Złapałem kontakt na stronę :-)

poniedziałek, 1 października 2007

Komu ja mogę dzisiaj doradzać jako doradca finansowy?

Co muszę/ co chcę zrobić, aby móc absolutnie spójnie być osobą skutecznie doradzającą.

Zgłosiłem się z moim pomysłem do Fryderyka bo on coś osiągnął i przeszedł już ten proces który ja chcę przejść. Wie co mnie może spotkać po drodze bo on już tam doszedł. To czyni go osobą kompetentną do tego aby doradzać innym zarządzanie kapitałem. Nie poszedłem z tym do Mietka z drugiej klatki, który nie ma o biznesie seledynowego ani tym bardziej zielonego pojęcia i choć może czasem coś rozsądnego i mądrego powiedzieć nie będzie dla mnie najlepszym doradcą.

Co mogłoby mi jednak pozwolić na to abym do takiego klienta mógł podejść z jak najlepszej strony? Jakim sposobem mógłbym znaleźć to „coś”, które decydowałoby o mojej wyjątkowości nawet jeśli czegoś jeszcze nie osiągnąłem?
Czy występując w roli aktora, który udaje pięknie wyuczone teksty, który ma wspaniałe podejście, który ma jaja do tego aby sprzedać SOFI mogę być wiarygodnym doradcą?
Czy tym czymś nie jest autorytet?
W takim razie jak go zdobyć? Jak osoba, która do tej pory borykała się ze swoimi finansami może być doradcą ludzi zamożniejszych? Jak Mietek może mi doradzać w prowadzeniu firmy???
Traktowałbym go z przymrużeniem oka jako mojego pomocnika od miotły i dźwigania – pewnie tylko wtedy gdyby jego obecność przynosiła mi szczęście.

Czy powtarzając słowa innych – podobnie jak Nikoś Dyzma – mógłbym zrobić karierę? Ale nawet Nikoś miał w sobie pewną uczciwość i spójność.

Nie jest to regułą żeby człowiek bogaty doradzał biednemu, ale absolutną przewrotnością jest kiedy biedny chce uczyć zamożnego zdobywania bogactwa. Błędem byłoby traktowanie ludzi „z góry”, sztucznie wywyższając się w takich sytuacjach.

Kiedy pracowałem jako sprzedawca w młynie, najpierw nie byłem traktowany poważnie – czas mojej pracy w tej firmie utwierdzał ludzi że posiadam kompetencje do tego aby rozsądnie podać im to czego oczekują. Wynikało to pewnie z prostego założenia, że mam doświadczenie i chcąc nie chcąc, muszę wiedzieć pewne rzeczy.

Jakie założenia w takim razie mają ludzie co do doradców finansowych? Jakie przesądy mają wobec kogoś, kto ma im pomóc? Jakie ja mam przesądy wobec tego co myślą o mnie klienci?

Czy nie jest tak, że klient wybierze osobę, która coś osiągnęła? Po czym to pozna? Po samochodzie? Po garniturze? Ile muszę mieć kasy aby stanowić autorytet? Tyle samo czy więcej niż klient? Jeśli więcej to ile? – bo przecież każdy klient ma różne kwoty w różnych momentach.
Kiedy osoba – obca osoba – zaczyna myśleć „ czy ten facet już coś osiągnął że chce mi doradzać?” Jaki to moment i jakimi cechami charakterystycznymi się zdradza? Jakie gesty wykonuje?
Czym temu zaradzić?
A jeśli klient reaguje podobnie jak mój były szef – który nie podejmie współpracy tylko dlatego, że przyszedł ktoś bystrzejszy i pomysł nie pochodzi od niego samego?
Jak wtedy pokierować?

Chciałbym, aby klient czuł się komfortowo z tym, że rozmawiam z nim o tym o czym nikt nie chce z nim rozmawiać. Nie muszę posiadać ogromnego stanu konta żeby to robić.
Chcę, żeby klient czuł się przy mnie dobrze i ciepło. Chcę nauczyć się aby tacy klienci mieli poczucie, że to oni są inicjatorami, a jednocześnie tak mądrze kierować rozmową aby nie myśleli o tym że jestem „cieniasem” z niskim poczuciem wartości. Chcę asertywnie kierować dyskusją tak aby wydawało mu się, że to on kieruje – ale to ja będę miał inicjatywę.

W takim razie jaką mam mieć postawę wobec klientów? Czy to nie jest tak jak na budowie, że pomocnik musi robić najwięcej? Czy powinienem wziąć na siebie ciężar i pokazać, że potrafię? Czy w taki sposób zbuduję sobie autorytet?
A może są jakieś inne sposoby?

Z pewnością ludzie z innych miejscowości, którzy mnie nie znają nie będą patrzeć na mnie przez filtr moich osiągnięć. Spojrzą na mnie przez filtr chwili obecnej. Tego co sobą reprezentuję tu i teraz. Jakim samochodem przyjechałem i w jaki sposób ich traktuję.
Idąc dalej. Jak chcę ich traktować? Jak klienci chcą być traktowani?

Złamię regułę i zamiast patrzeć na siebie oczami klienta spojrzę z perspektywy psa leżącego pod stołem obserwującego całą sytuację :-)
Gdybym był psem klienta, co bym sobie pomyślał? Jako pies o doskonałym węchu natychmiast wyczułbym tchórza i oszusta, a jak jeszcze facet przychodzi z walizką to mam wrażenie że to listonosz i mam ochotę go ugryźć. No ale zobaczymy co powie mojemu panu. Na razie szef każe mi być cicho więc pewnie ufa temu doradcy. Zobaczymy jak ten doradca wykorzysta tę szansę.
Po chwili widzę, że pan coraz bardziej mu ufa, bo zbliża się do niego i śmieją się. Atmosfera jest miła. Doradca zachowuje się spokojnie, jest pewny siebie i nie wykonuje żadnych nerwowych ruchów. Mój pan uważnie go słucha więc, wykonują podobne gesty i obaj spokojnie rozmawiają. Mogę się zdrzemnąć – to przyjaciel.

A jak ja bym potraktował doradcę, który przyszedł do mnie na spotkanie? Czy to nie jest trochę tak jak w tej anegdocie:

Siedzi sobie zadowolony rybak nad jeziorkiem i leniwie wyciąga kolejne rybki. Przygląda się temu jakiś odziany w krawat i garniturek konsultant i doradza:
- na Twoim miejscu zacząłbym łowić więcej zamiast tak leniwie się wpatrywać w spławik, zacząłbym sprzedawać nadwyżki, a za zarobione pieniądze kupiłbym kuter i łowił jeszcze więcej. Potem otworzył filię i zarabiałbym jeszcze więcej – i wtedy stać by mnie było by w końcu robić to, co kocham robić i wreszcie cieszyć się życiem.
Na to rybak - A jak myślisz, co robię w tej chwili?” :)

Od razu nasuwa się powiedzenie „przygarniał kocioł garnkowi”. Jak wykorzystać tę anegdotkę dla mnie i mojej pracy – nie tylko doradcy finansowego ale także szefa Intelight systems? Jak mógłbym się zgłosić do klienta, aby chciał tego słuchać. Czy to że wędkarz jest zadowolony oznacza, że już musi do końca życia to robić co robi? A z drugiej strony czy potrzebuje nowych rewolucyjnych rozwiązań? Czy potrzebuje pieniędzy? Jak dotrzeć do takich, którzy chcą i potrzebują?

Czy podejście wspólnej nauki z klientem mogłoby zaowocować? Czy lepiej od razu założyć że to ja jestem nauczycielem i to ja doradzam. Kiedy nie jestem ekspertem – to czy warto ryzykować swoją reputację i udawać że potrafię coś czego nie potrafię?
Jak wykorzystać „bycie sobą”, w spójnym kreowaniu swojego wizerunku jako doradcy finansowego? Czym mogę zainteresować klienta?

Gdybym powiedział do niego na przykład tak:
- Zdaję sobie sprawę, że na dzień dzisiejszy to ja mogę się uczyć od Pana zarabiania pieniędzy, ale już teraz mogę dać Panu to czego wszyscy mamy tyle samo - czasu. Mogę wyręczyć pana przy organizacji spraw finansowo – urzędowych by swój czas mógł przeznaczyć pan na rozrywkę i przyjemności. Czy gdyby dzięki doradcy finansowemu miał pan mniej obowiązkowych formalności a więcej czasu dla siebie to czy byłby pan zadowolony?

Czy to dobry kierunek? Gdzieś w głębi duszy czuję że właśnie od tego powinienem zacząć jako 23-letni doradca. Komu w takim razie mógłbym zaoferować taką pomoc – gdzie znajdę ludzi, którzy potrzebują więcej czasu dla siebie a mniej czasu dla urzędów i banków. Kto chciałby skorzystać z takiej pomocy?
Wydaje mi się to bardziej spójne od głupiego udawania, że jestem mądrzejszy i wiem lepiej. Czuję i wiem, że to w tej niszy stanę się ekspertem. Każdy w swojej branży musi zacząć od "czarnej roboty". Trzeba stać się od niej specjalistą. Klienci pojawią się sami.

Jaką jeszcze pomoc mogę zaoferować klientom aby czuli się komfortowo we współpracy ze mną, tak żeby nawet myśl o cenie czy moich kompetencjach nie przyszła im do głowy, zamiast tego mając obraz mnie jako niezbędnego narzędzia i pomocy. Jak sprawić, żeby stać się przyjacielem klientów, doradcą który pomoże w każdej chwili i w każdej sprawie ale jednocześnie nie wpaść w pułapkę bezradności klienta i mojej niezastępowalności? Jak sprawić żeby „używał” moich umiejętności i zasobów w absolutnie niezbędnych sytuacjach?

Chcę nauczyć się wzbudzać zaufanie i szacunek wobec mojej osoby – co może wydawać się nieco dziwne, ale tak samo jak ja chcę szanować klientów pragnę aby i oni szanowali mnie i mój czas.

Jak znaleźć klientów którzy chcą mnie jako swojego doradcę – nie jako zadufany głos, który mówi co, jak i gdzie zainwestować, ale cały zespół wspomagający jego finanse. Jak znaleźć klientów, dla których mógłbym stać się finansowymi oczami, uszami i głosami. Jak sprawić żebym stał się ich osobistym ministrem finansów? Jak sprawić aby chcieli i potrzebowali moich usług?
Gdzie znaleźć takich ludzi? Co zrobić, co powiedzieć aby ich zaciekawić i zainteresować? Czym wzbudzić ich zainteresowanie i ciekawość. Od czego zacząć i w jakich miejscach szukać?

Jak zabezpieczyć klientów przed moją własną nachalnością – żeby nie zrobić tak jak w filmie „pogoda na jutro” gdzie Jerzy Stuhr zatrzymując się koło szpitala – rozpłakał się ze wzruszenia i za moment podszedł facet z wizytówką zakładu pogrzebowego :-)

Musi istnieć jakaś granica, ale gdzie i jak? Czy potrzeba jakąś w ogóle tworzyć?

Chcę działać, i to od zaraz!

Od jakiego miejsca zacząć szukać osób potrzebujących pomocnika finansowego. Ile ja sam dałbym za to żeby ktoś za mnie pojechał do ZUSu czy na uczelnię w sprawach formalnych (apropo uczelni... :-D to chyba dobre miejsce..). Gdzie szukać klientów? – o moich kolejnych pomysłach napiszę zaraz jak tylko powstaną :D
Póki co dziękuję Ci wszechświecie za wszelkie cuda, których ciągle doświadczam. A co do mojego celu: Niech się stanie – to lub coś o niebo lepszego :-)

Raport z piątku, soboty, niedzieli 28-30 września 2007

Co tu raportować skoro nic nie robię konkretnego w kierunku mojego celu??? Martwię się trochę, ale jednocześnie motywuje i nakręca mnie to działania - tylko że ciągle nie nakręciłem się do tego stopnia aby faktycznie zacząć działać.

Za to pomysłów mam miliony. Dobrze że będę je sprzedawał :-)