niedziela, 19 grudnia 2010

Ile porażki jest w porażce?

Dokonałem w życiu już tak wiele "niezrealizowania planów", że chyba mogę nazwać się "doświadczonym" w nieosiąganiu celów - w przeciwieństwie do wielu coachów, trenerów i innej maści "nauczycieli", którzy są skuteczni w realizacji marzeń... UWAGA! Zastanów się czy warto czytać dalej... wszak z kim przystajesz takim się stajesz..

Jeżeli jednak nie wątpisz w swoje umiejętności i jeden artykuł nie zmieni Twojego życia to zapraszam do lektury...

Co to jest porażka?

To takie pytanie na początek. Dla Ciebie. Jeśli masz ochotę to je sobie zadaj. Ja to zrobiłem.. Zacząłem zastanawiać się po tym jak po raz któryś z kolei coś mi się nie udało. Zacząłem rozmyślać o tym, co to takiego ta "porażka". Pierwsze skojarzenie jakie miałem to - niezrealizowane zamierzenie. Ale zaraz potem, wyuczony i nasiąknięty "mądrością rozwoju osobistego" umysł podsunął mi myśl, że przecież to ogromna szansa nauki..

Ok. Jest trop. Porażka daje "mądrość", może wiedzę, może umiejętności... Jakkolwiek by na to nie patrzeć to za negatywnymi doświadczeniami kryje się jakaś nauka... Niby tak. Ale jaka?
Jaką naukę niesie niezrealizowanie swojego planu? Być może rozważania na temat tego co i jak poszło nie tak może przyczynić się do uświadomienia sobie błędów...

Ale co mi da wiedza na temat popełnionych błędów?

Niektórzy ludzie mówią, że nauka wyniesiona z błędów pomoże uniknąć ich powtórzenia w przyszłości...
Doprawdy? A co z powiedzeniem, że nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki?? W teoretycznych eksperymentach moglibyśmy uznać to za prawdę... Ale to jest życie, a tu takie same okoliczności, takie same warunki, taka sama synchronizacja czasowa... to chyba bajki co?

W takim razie odrzućmy na chwilę na bok to (i inne także) przekonanie, niech sobie poczeka chwilę i jeśli w to wierzysz to pewnie za chwilę i tak wróci. Odzierając porażkę z tej pierwszej warstwy wchodzimy głębiej... W emocje.. Oj to już głęboko... Ty wiesz jak to jest jak coś nie idzie po myśli.. Mały plan, mały żal. Wielkie plany... wielki zawód. Zostajesz sam na sam ze swoimi uczuciami... Jesteś tylko Ty i Twój niezrealizowany cel.. To wszystko wzbudza emocje.. Czasem smutek i żal, czasem agresję i wrogość aż do całkowitego zniechęcenia. Czasem są to salwy śmiechu i dzikie brechty "o jaki ja byłem głupi"...

Co jest wyznacznikiem porażki?

Emocja? Chwilowo tak to wygląda.. Wsłuchując się jeszcze bardziej.. dochodzi do kolejnego zapytania.. A co jest za emocją? Odsuwając je teraz nieco - przechodząc do bardziej matematycznego rozumowania: byliśmy w punkcie A - chcieliśmy do B a w rzeczywistości znaleźliśmy się w -34. Nawet nie w C czy D. Tylko w punkcie -34. To zupełnie inny poziom. Nie inny punkt na  linii. Nie inny punkt na płaszczyźnie. Ale w zupełnie innym wymiarze. Przeszliśmy od punktu A do punktu -34

W pewnym sensie sam byłem zszokowany takim rozumowaniem i zacząłem zastanawiać się czy to nie jakieś problemy z głową... Może. W każdym razie poprosiłem ją o więcej...  :--) [wyjaśnień]

Podsumowując to co do tej pory zostało napisane: Na początku były przekonania, wytłumaczenia (kto chce szuka sposobu itp) - głębiej były emocje. Co czujesz w stosunku do tego co się dzieje.. A potem przyszły chłodne kalkulacje.

Czym więc jest ta porażka?

A czy jest ona w ogóle czymś? Czy sukces jest jakimś czymś? Wróćmy z powrotem do przekonań.. W jakim horyzoncie czasowym coś jest porażką, a w jakim nią nie jest? W perspektywie całego życia, porażki mogą być uznane jako "drobne niepowodzenia" - ale przecież potem to że coś nie wyszło sprawiło że wydarzyło się coś innego... Kiedy się to działo nasze myślenie było nieco inne.. Przepełnione emocjami i przekonaniami. Ale kiedy naciśniesz stop. Właśnie teraz. STOP.

Jesteś teraz. Tylko jesteś. I nic więcej. Jesteś... punktem w którymkolwiek z wymiarów. Nie sferą, nie płaszczyzną, nie linią - jesteś punktem. Wtedy... właściwie nic nie istnieje... Wszystko jest w jednym i jedno we wszystkim. (hehe nie sfiksowałem - bez obaw :-) )

Nie byłem usatysfakcjonowany tą odpowiedzią mojego umysłu. Zadałem sobie pytanie po raz kolejny: Czym jest porażka?

A wtedy przypłynęła myśl: A jakie to ma znaczenie?

i wtedy zrozumiałem...

Pytanie: Czy to co napisałem jest przez Ciebie zrozumiane? Jeśli tak. Ok. Jeśli nie - czy to porażka? Przecież chciałem być w innym miejscu rzeczywistości, gdzie moje doświadczenia niosą pomoc innym, a czy inni tej pomocy chcą, oczekują i czy to w ogóle jest pomoc innym. Widzisz teraz? To wszystko nie ma znaczenia. Po prostu jest... I Ty jesteś. Teraz. Bądź.

Dziękuję

wtorek, 7 grudnia 2010

freelancing - dobry sposób na pieniądze, czy po prostu sposób na dobre życie

Dla odmiany odpowiem od razu: ani to ani to. I dodam jeszcze wykrzyknik, o: !

Jakkolwiek bym o tym nie myślał do tej pory, po tylu latach (bo robię to już od szkoły sredniej) docieram do kresu swojej wytrzymałości w tym "stylu". Dość już. I chociaż to napisałem. I chociaż to wykrzyczałem - to w środku rodzi się niepokój. A co z niedokończoną pracą, którą mam do zrobienia?? Przecież obiecałem. Przecież jestem uczciwy i solidny. Przecież... 

Przecież to właśnie jest ten łańcuch, który mnie ciągle trzyma na uwięzi. Nie masz czasu na życie, nie masz czasu dla rodziny, nie masz czasu na sen - a o rozrywce już nie wspominam. 

I choćbyś nie wiem jak był zdyscyplinowany, a uwierz mi że w tej materii potrafię być - nie dasz rady zrealizować wszystkiego. Nie w takim czasie w jakim tego oczekują. Zginiesz z głodu zanim dostaniesz pieniądze, albo jeszcze wcześniej padniesz z wycieńczenia... Po rodzinie zostanie gdzieś na półce zakurzone zdjęcie...

A kiedy żyć? 

Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że pracuje po 10-12 godzin, to się tylko uśmiecham ironicznie. Nie wobec nich i nie z nich - ale z samego siebie. 14-16 godzin pracy to normalny tryb dnia. (zostaje 8-10h na sen i jedzenie oraz inne czynności domowe). 

A gdzie jest k...(rde) :-) kasa?????  

Na pewno pieniądze nie rodzą się z pracy, bo byłbym milionerem już dawno.  Im bardziej jestem rzetelny, solidny, układny i najlepszy w tym co robię. tym więcej pracuję, tym mniej czasu mam dla rodziny i życia. 

Czy przychodząc do domu po pracy o 18.00 (tak się tu pracuje) miałbyś jeszcze ochotę na pracę do 23-24? Ile by to musiało kosztować??? Zajrzałem w czeluści Internetu i oczom moim ukazało się:
Za pracę w godzinach nadliczbowych, oprócz normalnego wynagrodzenia, przysługuje dodatek w wysokości:
100% wynagrodzenia - za pracę w godzinach nadliczbowych przypadających:
Nie należy się dodatek, jeśli pracownik w zamian za pracę ponad normę otrzymał inny dzień wolny
w niedziele i święta niebędące dla pracownika dniami pracy, zgodnie z obowiązującym go rozkładem czasu pracy
w dniu wolnym od pracy udzielonym pracownikowi w zamian za pracę w niedzielę lub w święto, zgodnie z obowiązującym go rozkładem czasu pracy,
50% wynagrodzenia - za pracę w godzinach nadliczbowych przypadających w każdym innym dniu niż określony powyżej. Orzecznictwo
„Przez normalne wynagrodzenie należy rozumieć takie wynagrodzenie, które pracownik otrzymuje stale i systematycznie, a więc obejmujące zarówno wynagrodzenie zasadnicze wynikające ze stawki osobistego zaszeregowania, jak i dodatkowe składniki wynagrodzenia o charakterze stałym, jeżeli na podstawie obowiązujących w zakładzie pracy przepisów płacowych pracownik ma prawo do takich dodatkowych składników" (wyrok SN z 3 czerwca 1986 r., I PRN 40/86; OSNC z 1987 r. nr 9, poz. 140).
 Jeśli chcesz poczytać więcej zapraszam na źródło tego cytatu: http://msp.money.pl/wiadomosci/kadry/artykul/wynagrodzenie;za;godziny;nadliczbowe,214,0,231638.html

Więc gdybym tak zarobił 10zł/h na etacie to po pracy muszę liczyć 15. W soboty i niedziele 20 (przy spełnieniu określonych wymogów). Ale.. jako freelancer. Opłacając koszty księgowej i ubezpieczenie. Biorąc na siebie dużo większe ryzyko ta stawka powinna być nieco chyba wyższa co? No chyba nie po to się zakłada firmę, żeby zarabiać mniej niż na etacie.... ?

A ja dalej robię na odwrót... W imię czego? Myślisz, że jak coś dla kogoś robisz dobrze to ten ktoś Cię będzie lubił? Zrób coś źle to szybko się przekonasz jaka jest prawda...

Chyba stanę się wredny dla innych. Do tej pory nie byłem aż tak świadomy, jak bardzo wredny byłem dla rodziny i siebie samego. Bez wytchnienia. Bez odpoczynku. Z oczami przyklejonymi do tylnej części czaszki i przerażonym głosem wewnętrznym - no przecież ono się pogniewa... Umawialiśmy się przecież...

Tak. Umawialiśmy się. I sam sobie tym dałem kopa we własne cztery litery.  Jedynie do siebie mógłbym mieć pretensje... Ale nie mam. Bo dzięki temu zrozumiałem, a zrozumienie... to tak jak byś się obudził

Do roboty!

 

sobota, 4 grudnia 2010

Dawać czy nie dawać.... Oto jest pytanie

Jakiekolwiek myśli pojawiły się w Twojej głowie po przeczytaniu tytułu, oznacza to, że być może zastanawiasz się czasem nad tym gdzie leży granica pomiędzy dawaniem, a braniem i co to wszystko oznacza...

Na koniec posta będzie mały prezent, ale najpierw chciałbym Cię zaprosić na stronę Master Mind Training ( http://www.mtraining.pl/ ). Już nie pamiętam jak Michał Jankowiak i Irek Julkowski (przy pomocy innych nie znanych mi ludzi, którym także dziękuję) zaprosili mnie na bezpłatne szkolenie odnośnie Core Transformations (wyjaśnienie znajdziesz na pewno gdzieś w sieci, być może nawet w linkach gdzieś obok po prawej stronie :-) ).

A teraz..

Zanim przejdę do wniosków i nauki płynącej z ćwiczeń jakie wykonałem - zadam Ci pytanie, albo zadaj je sobie samodzielnie: Co daje Ci więcej szczęścia, radości i dobrych emocji: dawanie czy branie?

Nie odpowiadaj od razu. (Choć i tak wiem, że już masz gotową odpowiedź :-) ) Zostaw to na kiedy indziej. Może kiedy będziesz miał chwilę zamyślenia, albo kiedy jadąc autem będziesz patrzeć na mijające krajobrazy i wtedy się to przypomni... Co jest dla Ciebie przyjemniejsze: dawanie, czy branie?

Jakiś czas temu. Pewien człowiek o nazwisku Balzac pisał, że miłość to dawanie, wszystkiego tego co masz w sobie najlepsze drugiej osobie. Największą miłością nazywał dawanie siebie samego innym.

Wszedłem na śliski grunt. Wiem o tym. Ocieram się o wartość nie opisywalną i nie dającą zamknąć się w pojęciowym pudełku, jaką jest miłość. Ale.. poglądy są właśnie takimi tymczasowymi pudełkami, etykietkami  przekazywanych myśli. Niczego nie kwestionuję...

Jeszcze :-)

Wyobraziłem sobie pokój a w nim okrągły stół. W tym śnie usiadłem obok samego siebie i zaczęliśmy rozmawiać:

Ja>Słuchaj, nie jest dobrze. Pracujemy po 16 godzin. Godzimy się na wszystkie warunki stawiane przez ludzi. Odkładamy wszystko co się da, żeby zrealizować nasze ambicje. Zostawiliśmy rodzinę. Zostawiliśmy gdzieś po drodze całego siebie... W imię czego? 

Ten Drugi Ja > milczy

Ja> Robimy dla innych tak dużo, że o przyjemnościach prawie nie ma mowy. Owszem. Zdarza się. Kiedy z wyczerpania nie możemy już patrzeć na wykonywaną pracę. Zgadza się. A jeśli są wyjątki to powstają też reguły. Hej. Zastanówmy się wspólnie, dlaczego tak się dzieje, że mimo poczucia krzywdy, żalu, upokorzenia dalej i z permanentną uporczywością powtarzamy ten sam schemat. Nie ma znaczenia czy w Polsce, czy w Niemczech, czy na etacie, czy mając firmę. To się powtarza ciągle i ciągle. 

TDJ > zaczyna się tłumaczyć

J> Powiedz mi proszę: Jaką masz pozytywną intencję w tym co robimy?

TDJ (po chwili zastanowienia) > Zależy mi na tym, żeby druga strona była zadowolona ze współpracy

J> Ok. W porządku. Ale co Ci to daje?

TDJ> Jeśli jest zadowolony to dobrze o mnie myśli

J> A więc daje Ci to poczucie dowartościowania? (TDJ kiwa głową na tak), Ale co daje Ci poczucie dowartościowania? 

TDJ> Jestem potrzebny światu? 

J> W jakim celu? Co Ci to daje?

TDJ> Spełnienie, szczęście, miłość..

oho... znowu robi się ślisko.. Ale... Czegoś z tego snu się już zaczynałem rozumieć. 
A potem był drugi sen... trochę inny... Jakby odwrotny:

J> Czy będąc szczęśliwym, będąc w miłości do innych ludzi wzbogaca to Twoje poczucie bycia potrzebnym?


TDJ> Jak najbardziej. Jeśli jestem szczęśliwy i czuję miłość do innych to chcę się tym podzielić i przekazać innym, że też mogą być szczęśliwi. Ludzie potrzebują o tym wiedzieć.


J> Ok. A czy będąc szczęśliwym, będąc w miłości do innych ludzi wzbogaca to Twoje poczucie dowartościowania?


TDJ> Jasne. Przecież chcę im dać najwyższą i największą wartość jaką mam - miłość i siebie. 


 J> Czy będąc szczęśliwym, będąc w miłości do innych ludzi wzbogaca to Twoje poczucie, że druga strona jest zadowolona ze współpracy?


TDJ>   Tak. Rodzi się dobry kontakt. Zrozumienie. Empatia. Sprawa klienta staje się moją misją.

I znów się przebudziłem.. I już czułem.. I już miałem pomysły. I już domyślałem się do czego to zmierza i czego mnie to nauczyło, ale jeszcze nie byłem przekonany... wtem zapadłem znów w sen:

J> Komu Ty jesteś potrzebny do szczęścia i komu jest potrzebna Twoja miłość?

TDJ (po długich rozważaniach i rozlicznych próbach wymienienia wszystkich, kwituje) > właściwie to my, (Ty i Ja) jesteśmy jednocześnie źródłem i potrzebą miłości

J> Kto jest wartościującym, a kto wartościowanym w tej relacji? Czy ludzie potrzebują abyś ich wartościował, czy ty potrzebujesz tego doświadczenia? Kto jest braniem, a kto dawaniem?

TDJ> Wygląda na to, że ja chcę wartościowania, za to, że innym daję priorytet

J> Trochę to jak wahadło zegara.. Nie uważasz? Na jednym biegunie Ty - na drugim Oni. Nie wydaje Ci się, że to męczące dla wahadła ciągle utrzymywać się po jednej stronie i siłować z grawitacją? Spójrz jakie to proste: Puść... Tik... tak.... tik... tak...tik... tak...
 Ostatnie pytanie: Kto jest i kto ma tak naprawdę być zadowolonym ze współpracy? Czy będąc szczęśliwym, będąc w miłości do innych ludzi wzbogaca to Twoje poczucie, że TYLKO druga strona jest zadowolona ze współpracy? Czy nie jest tak przypadkiem, że tak głęboko wchodzisz w temat, tak głęboko siedzisz w butach innych ludzi, że zapominasz o wcześniejszych i przyszłych historiach?

Dostałem swoją odpowiedź. Dostałem wiele więcej odpowiedzi. A uświadomiłem sobie jeszcze więcej rzeczy. Mały szok po ich pojawieniu się w świadomości...
Ty też spróbuj. Jeśli chcesz. Masz przecież wolną wolę i swoją wolność. 

Wrócę teraz do wstępu artykułu (jeśli przewinąłeś większość i przeoczyłeś to trudno, Twój wybór, aczkolwiek z jakiegoś powodu jednak tutaj.. teraz.. czytasz nadal chcąc więcej :-) ) 

Co było motorem do napisania tego artykułu? Dawanie? (może się wydawać, że chcę przekazać swoje wnioski dla innych ludzi, aby mogli skorzystać) A może jednak to jest Branie? (Przecież jeśli mnie ładnie pogłaszczesz to będę dowartościowany, a jeśli w komentarzach zmieszasz z błotem za odsłonięcie swojej intymnej części duszy to będę miał motyw do szukania kolejnych odpowiedzi i rozwoju). 

Co było motorem tego, że zainwestowałaś ułamek życia w zestawienie wielu liter ułożonych w wyrazy i zdania, które krok po kroku wywoływały myśli.. a może i jakieś emocje?

Tik... tak... tik.. tak...

Obiecany prezent :-)

Rozgadałem się. Zwierzyłem ze swoich snów. Odsłoniłem swoje myślenie i siebie.. Ale co tam.. Niech żyje :-)


Pamiętacie kabaret TEY? Z przerażającą dokładnością pokazuje jak w życiu, np w biznesie (zleceniodawca - zleceniobiorca), albo w pracy (pracodawca - pracownik), albo w polityce (rząd - społeczeństwo) - zachowują się obie strony:  






A teraz: Do pracy! :-)

czwartek, 4 listopada 2010

Nie wiem co się dzieje

Mam wrażenie, ze... A dobra co będę owijał w bawełnę. Jest jak jest. Chcesz, to poczytaj... Może na moich błędach nauczysz się czegoś dobrego i ułatwisz sobie życie.

Dość zrozumiałe jest, kiedy człowiek wchodzi w jakiś nurt (biznes, praca, finanse - nazwij to sobie jak chcesz) często zdarza się na początku płacić "frycowe". I wszystko jest ok, jeśli człowiek nauczony na błędzie już go nie powtarza. Z reguły i ja taki jestem, że dwa razy nie wchodzę do tej samej rzeki. Dosłownie i w przenośni. Mało kto jednak mówi o tym, że rzeczywistość jest tak zmienna, oraz że warunki i otoczenie jest tak dynamiczne iż zrobienie tego samego błędu jest praktycznie niemożliwe.. Za każdym razem jednak uczysz się czegoś nowego.

W moim przypadku wygląda to tak... Najczęściej znów popełniam błąd, który słono piecze. (sól też potrafi piec - wysyp kilka ziarenek na otwartą ranę to się przekonasz co to jest słone pieczenie).

2 miesiące temu postanowiłem znaleźć tu (Monachium, Niemcy) miejsce dla naszej rodziny. Stwierdziłem, że po tym co widzę i czego doświadczyłem - będzie nam łatwiej wystartować. Tymczasem jest nieco inaczej, ale wrócę do tego za chwilę.
Wypisałem sobie 3 proste cele. Znaleźć pracę, znaleźć mieszkanie, sprowadzić tu rodzinę.

Takie proste... Takie łatwe zadanie. Niejeden z Was śmieje się czytając to, no bo jakie tu można napotkać problemy... Szczerze mówiąc nie czuję urazy jeżeli Cię to bawi. Lepsze to niż udawane współczucie i nieżyciowe porady. Nie szukam głaskania, ani się nie żalę. Chcesz to poczytaj i weź z tego dla siebie co tylko może Ci się przydać.

1. Znalezienie pracy w Niemczech

  • Przez miesiąc czasu wysyłałem 30-40 ofert, cv itp - tygodniowo do różnych firm ogłaszających nabór w moim zawodzie - sporadyczne odpowiedzi negatywne
  • Znalazłem pracę przy montażu mebli dla IKEI. Potrzeba założyć działalność gosp. inaczej nie ma współpracy. Nie mam zameldowania. Wynająć pokój. (ale żeby wynająć pokój trzeba mieć jakąś kasę prawda?). 
  • Zorganizowałem meldunek. Założyłem działalność. Teraz czeka mnie ubezpieczenie. Mija piąty tydzień pracy, a ja mam zapłacone dopiero 2 (z 5) rachunków przez tą firmę. Kicha nie? I co wysyłać dalej oferty pracy?
2. Znalezienie mieszkania
  • Wydzwoniłem sporo pieniędzy. Przejrzałem setki ogłoszeń w Internecie, gazetach, czasem na słupach ogłoszeniowych. Ci, którzy tu mieszkają pewnie znają tę sytuację. Dla tych, którzy nie byli, a chcą piszę wyjaśnienie:

    Aby wynająć mieszkanie przez Internet trzeba liczyć się z 3 miesięczną kaucją + prowizja dla maklera 2,38 netto z opłaty czynszowej. Przy założeniu, że szczęśliwym trafem udało Ci się znaleźć mieszkanie 2pokojowe za 500Euro wychodzi to następująco:

    3MM (Monats Mieten - czynsze miesięczne) = 1500 Euro.
    2.38 Provision * 500 = 1190 Euro
    Razem:  2690 Euro na dzień dobry

    Nie wspominam już o tym, ze bardzo ważny jest czas kiedy wynajmujesz mieszkanie, bo jeśli okres płacenia czynszu przypada na "za chwilę" często trzeba doliczyć kolejne 500

    Jeżeli znajdziesz mieszkanie bez prowizji to jesteś o ponad tysiąc Euro do przodu

    Często jednak (żeby nie powiedzieć - w większości przypadków) prywatni najemcy żądają 3miesięcznych dochodów jakie osiągasz (etat) lub rocznego rozliczenia (w przypadku dz. gospodarczej)

    Jak już widzisz sprawa mieszkania tutaj nie wygląda różowo.

    Pozostaje szukanie ogłoszeń wynajmowania pokoju (najlepiej z możliwością meldunku) aż do czasu spełnienia wymagań stawianych przez właścicieli mieszkań.
3. Sprowadzenie tu rodziny

  • ok. Przyjechać nie jest trudno. Na życie też nie potrzeba wiele, bo za jedną dniówkę można kupić tyle co po tygodniu pracy w Polsce. Poza tym Kindergeld wynosi 184 Euro. Pieluchy kosztują ok. 12-20 Euro (z dużym naddatkiem) za 80 szt. Mleko w zależności od marki: od 3-10Euro. Policz ile można za to kupić. Dla porównania powiem Ci, że w Polsce świadczenie rodzinne wynosi 68 zł... I to jeśli nie przekroczysz progu dochodowego.... A pieluchy kosztują 40-60 zł za podobną ilość sztuk. 
  • Cudze chwalicie - zgadza się. Chwalimy. Ale 80 mln ludzi, ogromna ilość forsy jaka została zainwestowana w Niemcy po II WŚ robi swoje. Standard życia jest zdecydowanie wyższy i chyba nie ma co nad tym dużo dyskutować.
     
Jak więc widzisz. Prosty plan. Trzy punkty. A po drodze tyle ostrych zakrętów. Serpentyny wydają się nie mieć końca. Brak pobocza i balustrady sprawia, że co chwilę stajesz nad urwiskiem i zastanawiasz się co dalej.

Przestałem już marzyć o wielkich pieniądzach. Zszedłem na ziemię. Chciałbym po prostu normalnie i w miarę dostatnio żyć. Utopią jest zakładać, że osiągnę życie bez stresujących sytuacji.

Życzyłbym tego sobie, jak i Tobie drogi czytelniku, abyś miał łatwiej w życiu. Łatwiej - to znaczy więcej powodzenia, więcej relaksujących sytuacji, więcej niespodziewanie korzystnych zbiegów okoliczności, więcej przyjemności z bycia sobą. Życzę nam wszystkim, aby nauka przychodząca z życia była na tyle łaskawa, abyś nie musiał co chwilę podnosić się z desek - ale łatwo, przyjemnie i bezpiecznie dążył przez to doświadczenie jakim jest życie.

Do następnego razu.

PS. Pamiętaj. Jeśli spodobało Ci się to co tu piszę, albo masz chęć przeczytania czegoś nowego, innego spojrzenia na świat - zostaw jakiś ślad po sobie w komentarzu.

piątek, 1 października 2010

co się dzieje w "miesiącu cudów"

Przez chwilę był czas zwątpienia, a nawet chciałem już wracać. Trudne chwile przewijają się razem z tymi lepszymi. Postanowiłem dać sobie jeszcze dwa tygodnie do końca realizacji "miesiąca cudów".

Spotkałem się z pewną firmą w sprawie pracy. Jeżeli wszystko pójdzie ok to od poniedziałku zacznę pracować. To wiąże się też z założeniem działalności, ale innej opcji nie ma ;/ a czekanie na zatrudnienie jako pracownik... może przeciągnąć mój pobyt tutaj. I wszystko byłoby w porządku gdybym miał własne mieszkanie i stać było mnie na własne przeżycie... Co innego będąc gościnnie u rodziny. Termin wyznaczony i do tego czasu muszę być zorganizowany tak jak należy. Potem jestem zdany na siebie...

Czas pokaże jak to się rozwinie. Nie mam w sobie zachwytu, a zwątpienie zostawiłem tuż za rogiem. Nastawiam się pozytywnie (no bo gdybym chciał negatywnie to pewnie nie ruszyłbym się w życiu z miejsca :-)

Zatem działam ze wzrokiem wbitym w cel, z wyznaczonym terminem i pewną garścią nadziei na lepsze jutro.

czwartek, 23 września 2010

Skakanie na głęboką wodę

Jak to zwykle bywa, życie i rzeczywistość jest najlepszym nauczycielem. Chyba nie ma większego mentora, tylko trzeba mieć oczy i uszy otwarte :-) Obserwować znaki - jak to można przeczytać w "Alchemiku" P. Coelho

Wczoraj leciał film. Nie chciałem go oglądać, bo od samego początku wywoływał emocje, których nie lubię. I jeszcze na dodatek na autentycznych faktach...

Na tym filmie, grupa przyjaciół wybrała się w rejs jachtem. Było pięknie. Wesoło. Humory dopisywały. Skoczyli sobie popływać. Na statku została matka z małym dzieckiem i jeden z przyjaciół. Kobieta ta miała ogromną fobię przed wodą (ze względu na to, że gdy była mała utonął przy niej ojciec).

Gdy dziecko smacznie spało "przyjaciel" postanowił pomóc jej wyleczyć się z tej traumy. Wziął ją na ręce i wskoczyli do wody. Terapia szokowa, czasem pomaga, a czasem wyrządza więcej szkód...

I wszystko pewnie by się dobrze skończyło gdyby nie to... że zapomnieli rozwinąć drabinkę...

A do burty było wysoko, bo to duży jacht...

Nie będę opowiadał jak tragicznie się to skończyło, bo i po co. Film nazywał się "Ocean strachu II" więc jeśli nie widziałeś/aś a chcesz to zapraszam do wypożyczalni :-)

Przez bardzo niepożądane emocje wświdrowało się bardzo głęboko we mnie przekonanie - i taka płynie nauka z tego filmu

Jeśli skaczesz na głęboką wodę najpierw upewnij się, że zostawiłeś sobie drabinkę...

środa, 15 września 2010

Miesiąc cudów - wrzesień 2009 - etapy realizacji i propozycja

Mam pewną propozycję, dla wszystkich, którzy prowadzą jakieś kursy online czy dystrybuują ebooki. Ale o propozycji za chwilę.

Poprzednie miesiące cudów kończyły się na mówieniu o robieniu.. Teraz jest nieco inaczej i mimo, iż jest jeszcze trochę mówienia to zdecydowanie więcej jest akcji.

Co dzisiaj zrobiłem dla realizacji celów? 

Pierwszym etapem jest znalezienie pracy. Wysłałem kilka ofert (ok. 20) do różnych firm projektujących strony www, wraz z adresem mojego portfolio. Odzew jest niewielki. Samo "nie poddawanie się" nie wystarczy. Potrzeba elastyczności. Te kilka ofert, które wysłałem daje pewną informację, że coś jest nie tak jak by chcieli - dlatego trzeba zmodyfikować działanie. Zrobić coś innego. Teraz przygotowuję portfolio w jęz. niemieckim i polskim (angielskie już jest). Będę też nieco inaczej pisał zgłoszenie oferty pracy. Zobaczymy jakie efekty to przyniesie.
Byłem dziś w niemieckim urzędzie pracy. Interesowały mnie nie tylko oferty, ale także kwestia pozwolenia na pracę. Co się okazało: wystarczy znaleźć firmę, która mnie zatrudni na cały, bądź pół etatu, a z pozwoleniem nie powinno mieć problemu. Wiadomość jest dobra, ale zobaczymy jak wyjdzie to wszystko w praktyce..

Wracając do propozycji

Piszesz jakieś darmowe kursy? Napisałeś ebooka "jak zrobić cośtam"? Chcesz zweryfikować przedstawione idee? Zleć to mnie :-) Zapiszę się na Twój kurs, będę starał się go sumiennie wypełniać, a na koniec dam Ci informację zwrotną co z tego wyszło. Czego chcę w zamian?
Efektów. Sprawdzę na sobie Twoje teorie :-) Oczywiście nie jestem w stanie robić wszystkiego naraz, wobec czego pozostawiam sobie prawo do wyboru zgłoszonych kursów. Bawmy się :-) Co o tym myślisz?

wtorek, 14 września 2010

strategie... a co jeśli

Marzyłem o tym, by się wznieść. Nie w niebo, nie jak ptak... już przestałem marzyć o lataniu :( Chciałem wstać z podłogi i znów dostałem twarz w lekko uniesioną głowę. A przecież nie tak miało być.
Brak szczęścia? Brak wiary? Brak myślenia? - na pewno wszystkiego po trochu. Szkoda tylko, że frycowe takie bolesne.

Chciałem dobrze. Zrobiłem stronę. Podpisałem umowę o dzieło z dniem 1 września - a jak mnie wcześniej informowali w Urzędzie Pracy - od tego dnia zostanę wyrejestrowany z bezrobocia. Brałem to pod uwagę, że przepadnie mi ostatni miesiąc zasiłku. Ale... na umowie było napisane, że została zawarta 15 lipca. To że odbiór był 31 sierpnia nie ma znaczenia. Pani, która mnie informowała nie przyszło do głowy, że umowa została zawarta wcześniej niż jej wykonanie, dlatego też dała informację, że dzień 1 września będzie ok.

I teraz... zostaję wyrejestrowany od 15 lipca a kasę za półtora miesiąca trzeba zwrócić ;/ Koniec końców wychodzi na to, że nie dość nic nie zarabiając to jej zawarcie kosztowało mnie dodatkowe 450 zł. Zajebisty ze mnie biznesmen... ;/

Samokrytyka. I wskazówki dla innych na przyszłość, żeby się tak nie wkopać...

Rozwijając dzisiejszy tytuł "Strategie... a co jeśli" to chyba dobry temat na dziś. Bo gdybym przed przystąpieniem do pracy pomyślał: a co jeśli umowę podpiszę wcześniej niż odbiorę zapłatę, a co jeśli będę musiał zwrócić składki, a co jeśli ... właśnie. Zawsze trzeba mieć strategie w przód.. kilka wyjść z awaryjnych sytuacji.
Wiadomo - nie ma co bez sensu ich planować i przyciągać niepotrzebnych sytuacji. Zbędny pesymizm też niewskazany, ale z optymizmem dajmy sobie spokój...

poniedziałek, 13 września 2010

Miesiąc cudów - plan na najbliższe 30 dni (do 13 października 2010)

Uruchomiłem znowu miesiąc cudów. Pora by spisać wszystkie marzenia, które chcę zamienić w plan, a plan ten zrealizować działaniem w ciągu najbliższego miesiąca

1. Znaleźć pracę

Po opublikowaniu portfolio i ogłoszenia na mypolacy.de odezwało się kilka osób. Z jedną firmą postanowiłem współpracować, ale nie jest to jeszcze "praca", która pozwoli na utrzymanie. Traktuję ją w kategoriach pracy dodatkowej i myślę, że coś z tego będzie.

Co do tej pory już zrobiłem? 

- przygotowałem portfolio i cv w jęz. angielskim
- oferowałem się na polskich portalach,
- pytałem znajomych o pracę,
- wysłałem cv do agencji reklamowych (w tamtym tygodniu)
- dzisiaj wysłałem cv do różnych firm, które działają w branży marketingowej, internetowej, handlowej, a które poszukują pracowników z jęz. polskim ( :-) )
- jutro wybieram się do tutejszego urzędu pracy - może tam znajdę ofertę, która będzie skrojona dla mnie. Dowiem się także o wszelkie formalności urzędowe związane z legalną pracą.
- Być może pozwolenie na pracę nie będzie przyznane więc będę musiał rozejrzeć się za sposobami prowadzenia działalności gospodarczej (już sporo wiem, ale... :-) )

Możliwe zadania podwykonawcze do realizacji tego procesu:

- Załatwić pieniądze na mieszkanie (praca, współpraca)
- Zorganizować księgową do rozliczeń
- Zameldować się
- Zgłosić wniosek o założenie działalności gospodarczej

 Jest jeszcze opcja żeby znaleźć zajęcie typu malowanie, przeprowadzki - żeby była kasa na mieszkanie i bieżące wydatki. Kroki konieczne to:

- W przypadku działalności kroki jak wyżej
- W przypadku etatu, po meldunku złożyć wniosek o pozwolenie na pracę.

2. Znaleźć mieszkanie

Nie za duże, nie za małe. Takie dla nas w sam raz. Z moich obserwacji wynika, że za 500 Euro miesięcznie znajdę już coś dobrego, w odpowiednim dla nas miejscu w Monachium. Jak to zrobię? Świadome sposoby jakie mi teraz przychodzą na myśl to poszukanie na mypolacy.de, w gazetach, albo dowiedzieć się od znajomych. Być może są jeszcze inne sposoby? :-)

3. Przyjechać tu z Ewką i Ineczką

Kiedy już zagwarantuję dochód i mieszkanie będę mógł wrócić na chwilę do Polski. Wywieziemy gdzieś wszystkie meble. Spakujemy się. Podziękujemy Czesi za dobrą współpracę i w drogę. Rozpocząć nowe życie.

To byłoby tyle na ten miesiąc. Niech się stanie - a swoim działaniem i dobrą myślą, całą mocą będę uczestniczył w realizacji tego przedsięwzięcia.

PS. Jeśli coś jeszcze mogę zrobić, a czego chwilowo nie jestem jeszcze świadomy: daj znać w komentarzu :-) Dziękuję

czwartek, 9 września 2010

Kim w ogóle jestem :-)

Zaraz po przyjeździe tutaj, do Monachium miałem natchnienie :-) Uwielbiam to uczucie, kiedy w mojej głowie pojawia się pomysł... Przyspiesza bicie serca.. Nie da się usiedzieć w miejscu.. Człowiekowi robi się tak jakoś lekko na duszy...
Kiedyś wyglądało to tak, że pomysł spisałem na kartce, komuś pokazałem próbując zafascynować drugą stronę równie mocno jak mnie samego i.... zonk. Prawie zawsze zostałem zmieciony z powierzchni... No bo w sumie jak ja bym się zachował, gdyby ktoś pokazał mi nieprzemyślane strzępki jakiegoś pomysłu...
 Albo nawet jeśli już udało się kogoś przekonać to zwykle na tych dobrych emocjach się kończyło... Czar gdzieś pryskał, a działanie... jak to działanie. Praca to nie wąchanie gotowych kwiatków. Praca to dobre przygotowanie, pielęgnacja, plewienie, podlewanie, znowu plewienie i jeszcze więcej podlewania.. Przy spełnieniu dobrze tego obowiązku uda się nacieszyć oczy i węch pięknym kwiatem...


Ale teraz nauczony, że faceta nie poznaje się po tym jak rozpoczyna... robię nieco inaczej. Zamiast poświęcać swoją moc na przekonywanie i entuzjazmowanie kogoś swoją ideą biorę się do dzieła. A potem sam cieszę się z wykonanej pracy i szczerze mówiąc... średnio zależy mi na tym czy ktoś czuje taki sam entuzjazm do tego jak ja :-) A duma z ukończonego dzieła daje mi siłę i kompetencję do skutecznego zamykania kolejnych etapów..

Podobnie było i z tym natchnieniem. Miałem napisać porządne CV i wysyłać je do pracodawców tu w Niemczech.. głównie z branży projektowania stron internetowych, więc logicznym następstwem było posiadanie własnego portfolio. W ułamku sekundy pojawił się obraz tego jak chciałbym żeby ono wyglądało. Odpaliłem program. Przygotowałem projekt. A potem trzy dni dopieszczałem każdy szczegół, aby moja wizytówka wyglądała tak jak to sobie zaplanowałem. I choć teraz już widzę pewne niedociągnięcia i niedopracowania - to jestem o dziesięć susów dalej niż gdybym tylko się ekscytował tym pomysłem.

Ot taki mały niewielki wycinek życia. Bardzo błahy. A ile dał mi edukacji i zrozumienia na różnych poziomach świadomości...

Chcesz? Zajrzyj na moje portfolio, klikając w obrazek poniżej. Odpowiedź na pytanie z tematu posta znajdziesz właśnie w mojej wizytówce :-)

Nowy "Miesiąc Cudów"

Otworzyłem nowy rozdział mojego życia.. Postanowiłem opuścić Ojczyznę, aby znaleźć swoje miejsce na ziemi.

Nowe środowisko, nowe zwyczaje, nowe miejsce - ale niezupełnie nowy świat. Nie jestem tu po raz pierwszy, ale zdecydowanie pierwszy raz podjąłem decyzję o przyjechaniu tu na dłużej niż wakacje. Czas zweryfikuje wszystkie postanowienia, plany i marzenia. Jak zawsze...

Co do zmian samego bloga. Wizualnie już widzisz zmianę. Blogger udostępnił nowe projekty szablonów i postanowiłem zachować obecną platformę blogową. (A już miałem się przenosić :-) )
Zmienił się też adres subskrypcji RSS - więc jeżeli chcesz - zapisz się, a zawsze dostaniesz świeżą porcję aktualizacji na swojego klienta RSS.

Formę bloga, artykuły, kategorie i niektóre elementy pozostawię, aczkolwiek zmieniło się moje myślenie. Więc czytając artykuły z 2007, 2008 czy 2009 roku miej świadomość, że dzisiaj mogę już myśleć nieco inaczej. Weryfikuj wszystko zgodnie ze swoją wolą i doświadczeniem. Komentuj, bo dzięki temu obie strony się rozwijają. Baw się procesem. Realizuj marzenia i dziel się informacją jak Ci idzie.
Jesteśmy częścią wszechświata, w której tak naprawdę jedyną ideą życia jest rozwój, a więc... Jedziemy! :-)