Nie będę publikował, ani cytował żadnych wikipedycznych definicji. Przedstawiam moją własną interpretację. Najlepiej będzie jeśli zrozumiesz to właśnie w ten sposób.I chociaż mogę nie mieć w stu procentach racji, to jednak z doświadczenia powiem Ci, że to będzie dla Ciebie skuteczne.
Chyba, że uważasz inaczej.. Czym według Ciebie różni się coaching od mentoringu? Czy w obecnej sytuacji i wyzwaniom, które przed Tobą stoją wolałbyś otrzymać konkretne porady, czy raczej wolisz jeśli ktoś naprowadzi Cię na słuszne rozwiązania? A może już zaczynasz rozumieć, co przyniesie Ci więcej korzyści?
I to by było na tyle w tym temacie. Jako mentor - powiem do Ciebie tak jak w pierwszym akapicie. Coach wybierze akapit drugi. A Ty? Jak zinterpretowałbyś i wyjaśnił różnicę między coachingiem i mentoringiem?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja biznesowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja biznesowa. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 czerwca 2012
piątek, 11 maja 2012
Co to jest wytrwałość?
Ogólnie mówiąc wytrwałość to cierpliwe, konsekwentne dążenie do czegoś bez zrażania się trudnościami i przeciwnościami
Ale gdyby tak wejść w temat nieco głębiej, aby uchwycić tę subtelną granicę pomiędzy słomianym zapałem, wytrwałością i głupotą.
Einstein mówił, że szaleństwem jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. Edison, kiedy go spytano dlaczego po 5000 prób nie przestał poszukiwać rozwiązania dla żarówki powiedział, że odkrył 5000 metod jak tego nie robić w przyszłości.
Za to, że mówimy o kimś jako mało lub bardzo wytrwałym odpowiada moim zdaniem perspektywa obserwatora. Jeśli spojrzysz na bardzo krótki odcinek czasu wydaje Ci się, że ten człowiek skacze z kwiatka na kwiatek, bez ładu i zamysłu. A teraz odjeżdżając kamerą w tył widzisz coraz więcej i więcej. Niekiedy potwierdzi się, że ta niewytrwałość wynika z krótkowzroczności i braku inteligencji tej osoby, ale czasem może być i tak, że dopiero wtedy zrozumiesz całość.
Posłużę się przykładem z mojego doświadczenia (zawsze mamy ubaw z żoną, kiedy jej o tym wspominam). W młodości byłem bardzo "kochliwy", ale mimo to nie miałem dziewczyny dłużej niż trzy tygodnie. Wtedy nie byłem może aż tak świadomy, ale mniej lub bardziej wiedziałem czego poszukuję. I udało się. Odnalazłem kobietę mojego życia.
Podobnie jest z moją karierą zawodową. Jestem często atakowany i krytykowany za brak wytrwałości. Czasem też oskarżają mnie, że skoro pracowałem w tylu miejscach to jestem złym pracownikiem. Przestałem już dawno na to zwracać uwagę, bo zazwyczaj ludzie ci skupiają się na fragmentach mojego życia. Skończyłem 28 lat i mam w swoim doświadczeniu wiele miejsc, w których pracowałem, wiele firm z którymi pracowałem i osób dla których wykonywałem różne rzeczy. Miałem swoją firmę w Polsce i Niemczech. Wszystko to wygląda jak brak wytrwałości i zdecydowania dopóki nie zrozumiesz, że od osiągnięcia dorosłości buduję swój biznes - jednoosobową spółkę z o. o.
Od kiedy dawno temu zrozumiałem, że nie prowadzę firmy tylko to ja jestem firmą wszystko się zmieniło. Sprzedaję swój czas i umiejętności na różne sposoby, jestem wybierany przez różnych klientów do różnych zadań. Mam swoją logikę, cele i motywy. Wiem co robię i dokąd chcę podążać. Owszem - popełniam błędy. Nie jestem także jasnowidzem i nie wiem co będę robił za rok.
A więc czym jest ta wytrwałość?
Wytrwałość to nie jest robienie ciągle tych samych rzeczy w dążeniu do perfekcji (chyba że taki jest Twój cel). Wytrwałość - to cierpliwe, spokojne i świadome zmierzanie w wyznaczonym przez siebie kierunku. Wytrwałość to jedna z dostępnych metod.
Jeszcze jeden przykład. Jesteś w Gdyni i chcesz do Zakopanego. Jedną z najprostszych metod jest pójście na piechotę. Stawiasz krok, po nim następny i tak sobie idziesz do celu, wytrwale, cierpliwie i uparcie. Wielu powie: O! ten człowiek jest wytrwały w dążeniu do celu! Może tak, a może nie. Teraz idąc drogą machasz do kierowców, aby autostopem podwieźli Cię dalej. Albo wsiadasz w pociąg do Wrocławia (bo akurat pasuje Ci zobaczenie tamtejszego dworca kolejowego) I teraz w scenariuszu pojawiają się krytykanci, że nie wiadomo gdzie jedziesz, że skaczesz z kwiatka na kwiatek, że nie jesteś wytrwały. Ale Ty wiesz co robisz. Inni nie muszą. Ty decydujesz o tym kiedy chcesz być na miejscu (może być i tak, że piechotą dojdziesz szybciej). Ty określasz priorytety np. czas, ilość zasobów, pieniędzy i innych wartości. Ty jesteś tym, który wyznacza kierunek kursu i metody zmierzania w jego celu.
Bądź więc świadom tego kierunku w każdym momencie swojego życia. Poznawaj metody, które działają i nie działają. Bądź sobą. I niech to będzie przygoda Twojego życia - w końcu to Twoje życie.
Twoje - rozumiesz?
Ale gdyby tak wejść w temat nieco głębiej, aby uchwycić tę subtelną granicę pomiędzy słomianym zapałem, wytrwałością i głupotą.
Einstein mówił, że szaleństwem jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. Edison, kiedy go spytano dlaczego po 5000 prób nie przestał poszukiwać rozwiązania dla żarówki powiedział, że odkrył 5000 metod jak tego nie robić w przyszłości.
Za to, że mówimy o kimś jako mało lub bardzo wytrwałym odpowiada moim zdaniem perspektywa obserwatora. Jeśli spojrzysz na bardzo krótki odcinek czasu wydaje Ci się, że ten człowiek skacze z kwiatka na kwiatek, bez ładu i zamysłu. A teraz odjeżdżając kamerą w tył widzisz coraz więcej i więcej. Niekiedy potwierdzi się, że ta niewytrwałość wynika z krótkowzroczności i braku inteligencji tej osoby, ale czasem może być i tak, że dopiero wtedy zrozumiesz całość.
Posłużę się przykładem z mojego doświadczenia (zawsze mamy ubaw z żoną, kiedy jej o tym wspominam). W młodości byłem bardzo "kochliwy", ale mimo to nie miałem dziewczyny dłużej niż trzy tygodnie. Wtedy nie byłem może aż tak świadomy, ale mniej lub bardziej wiedziałem czego poszukuję. I udało się. Odnalazłem kobietę mojego życia.
Podobnie jest z moją karierą zawodową. Jestem często atakowany i krytykowany za brak wytrwałości. Czasem też oskarżają mnie, że skoro pracowałem w tylu miejscach to jestem złym pracownikiem. Przestałem już dawno na to zwracać uwagę, bo zazwyczaj ludzie ci skupiają się na fragmentach mojego życia. Skończyłem 28 lat i mam w swoim doświadczeniu wiele miejsc, w których pracowałem, wiele firm z którymi pracowałem i osób dla których wykonywałem różne rzeczy. Miałem swoją firmę w Polsce i Niemczech. Wszystko to wygląda jak brak wytrwałości i zdecydowania dopóki nie zrozumiesz, że od osiągnięcia dorosłości buduję swój biznes - jednoosobową spółkę z o. o.
Od kiedy dawno temu zrozumiałem, że nie prowadzę firmy tylko to ja jestem firmą wszystko się zmieniło. Sprzedaję swój czas i umiejętności na różne sposoby, jestem wybierany przez różnych klientów do różnych zadań. Mam swoją logikę, cele i motywy. Wiem co robię i dokąd chcę podążać. Owszem - popełniam błędy. Nie jestem także jasnowidzem i nie wiem co będę robił za rok.
A więc czym jest ta wytrwałość?
Wytrwałość to nie jest robienie ciągle tych samych rzeczy w dążeniu do perfekcji (chyba że taki jest Twój cel). Wytrwałość - to cierpliwe, spokojne i świadome zmierzanie w wyznaczonym przez siebie kierunku. Wytrwałość to jedna z dostępnych metod.
Jeszcze jeden przykład. Jesteś w Gdyni i chcesz do Zakopanego. Jedną z najprostszych metod jest pójście na piechotę. Stawiasz krok, po nim następny i tak sobie idziesz do celu, wytrwale, cierpliwie i uparcie. Wielu powie: O! ten człowiek jest wytrwały w dążeniu do celu! Może tak, a może nie. Teraz idąc drogą machasz do kierowców, aby autostopem podwieźli Cię dalej. Albo wsiadasz w pociąg do Wrocławia (bo akurat pasuje Ci zobaczenie tamtejszego dworca kolejowego) I teraz w scenariuszu pojawiają się krytykanci, że nie wiadomo gdzie jedziesz, że skaczesz z kwiatka na kwiatek, że nie jesteś wytrwały. Ale Ty wiesz co robisz. Inni nie muszą. Ty decydujesz o tym kiedy chcesz być na miejscu (może być i tak, że piechotą dojdziesz szybciej). Ty określasz priorytety np. czas, ilość zasobów, pieniędzy i innych wartości. Ty jesteś tym, który wyznacza kierunek kursu i metody zmierzania w jego celu.
Bądź więc świadom tego kierunku w każdym momencie swojego życia. Poznawaj metody, które działają i nie działają. Bądź sobą. I niech to będzie przygoda Twojego życia - w końcu to Twoje życie.
Twoje - rozumiesz?
niedziela, 19 grudnia 2010
Ile porażki jest w porażce?
Dokonałem w życiu już tak wiele "niezrealizowania planów", że chyba mogę nazwać się "doświadczonym" w nieosiąganiu celów - w przeciwieństwie do wielu coachów, trenerów i innej maści "nauczycieli", którzy są skuteczni w realizacji marzeń... UWAGA! Zastanów się czy warto czytać dalej... wszak z kim przystajesz takim się stajesz..
Jeżeli jednak nie wątpisz w swoje umiejętności i jeden artykuł nie zmieni Twojego życia to zapraszam do lektury...
Co to jest porażka?
To takie pytanie na początek. Dla Ciebie. Jeśli masz ochotę to je sobie zadaj. Ja to zrobiłem.. Zacząłem zastanawiać się po tym jak po raz któryś z kolei coś mi się nie udało. Zacząłem rozmyślać o tym, co to takiego ta "porażka". Pierwsze skojarzenie jakie miałem to - niezrealizowane zamierzenie. Ale zaraz potem, wyuczony i nasiąknięty "mądrością rozwoju osobistego" umysł podsunął mi myśl, że przecież to ogromna szansa nauki..
Ok. Jest trop. Porażka daje "mądrość", może wiedzę, może umiejętności... Jakkolwiek by na to nie patrzeć to za negatywnymi doświadczeniami kryje się jakaś nauka... Niby tak. Ale jaka?
Jaką naukę niesie niezrealizowanie swojego planu? Być może rozważania na temat tego co i jak poszło nie tak może przyczynić się do uświadomienia sobie błędów...
Ale co mi da wiedza na temat popełnionych błędów?
Niektórzy ludzie mówią, że nauka wyniesiona z błędów pomoże uniknąć ich powtórzenia w przyszłości...
Doprawdy? A co z powiedzeniem, że nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki?? W teoretycznych eksperymentach moglibyśmy uznać to za prawdę... Ale to jest życie, a tu takie same okoliczności, takie same warunki, taka sama synchronizacja czasowa... to chyba bajki co?
W takim razie odrzućmy na chwilę na bok to (i inne także) przekonanie, niech sobie poczeka chwilę i jeśli w to wierzysz to pewnie za chwilę i tak wróci. Odzierając porażkę z tej pierwszej warstwy wchodzimy głębiej... W emocje.. Oj to już głęboko... Ty wiesz jak to jest jak coś nie idzie po myśli.. Mały plan, mały żal. Wielkie plany... wielki zawód. Zostajesz sam na sam ze swoimi uczuciami... Jesteś tylko Ty i Twój niezrealizowany cel.. To wszystko wzbudza emocje.. Czasem smutek i żal, czasem agresję i wrogość aż do całkowitego zniechęcenia. Czasem są to salwy śmiechu i dzikie brechty "o jaki ja byłem głupi"...
Co jest wyznacznikiem porażki?
Emocja? Chwilowo tak to wygląda.. Wsłuchując się jeszcze bardziej.. dochodzi do kolejnego zapytania.. A co jest za emocją? Odsuwając je teraz nieco - przechodząc do bardziej matematycznego rozumowania: byliśmy w punkcie A - chcieliśmy do B a w rzeczywistości znaleźliśmy się w -34. Nawet nie w C czy D. Tylko w punkcie -34. To zupełnie inny poziom. Nie inny punkt na linii. Nie inny punkt na płaszczyźnie. Ale w zupełnie innym wymiarze. Przeszliśmy od punktu A do punktu -34
W pewnym sensie sam byłem zszokowany takim rozumowaniem i zacząłem zastanawiać się czy to nie jakieś problemy z głową... Może. W każdym razie poprosiłem ją o więcej... :--) [wyjaśnień]
Podsumowując to co do tej pory zostało napisane: Na początku były przekonania, wytłumaczenia (kto chce szuka sposobu itp) - głębiej były emocje. Co czujesz w stosunku do tego co się dzieje.. A potem przyszły chłodne kalkulacje.
Czym więc jest ta porażka?
A czy jest ona w ogóle czymś? Czy sukces jest jakimś czymś? Wróćmy z powrotem do przekonań.. W jakim horyzoncie czasowym coś jest porażką, a w jakim nią nie jest? W perspektywie całego życia, porażki mogą być uznane jako "drobne niepowodzenia" - ale przecież potem to że coś nie wyszło sprawiło że wydarzyło się coś innego... Kiedy się to działo nasze myślenie było nieco inne.. Przepełnione emocjami i przekonaniami. Ale kiedy naciśniesz stop. Właśnie teraz. STOP.
Jesteś teraz. Tylko jesteś. I nic więcej. Jesteś... punktem w którymkolwiek z wymiarów. Nie sferą, nie płaszczyzną, nie linią - jesteś punktem. Wtedy... właściwie nic nie istnieje... Wszystko jest w jednym i jedno we wszystkim. (hehe nie sfiksowałem - bez obaw :-) )
Nie byłem usatysfakcjonowany tą odpowiedzią mojego umysłu. Zadałem sobie pytanie po raz kolejny: Czym jest porażka?
A wtedy przypłynęła myśl: A jakie to ma znaczenie?
i wtedy zrozumiałem...
Pytanie: Czy to co napisałem jest przez Ciebie zrozumiane? Jeśli tak. Ok. Jeśli nie - czy to porażka? Przecież chciałem być w innym miejscu rzeczywistości, gdzie moje doświadczenia niosą pomoc innym, a czy inni tej pomocy chcą, oczekują i czy to w ogóle jest pomoc innym. Widzisz teraz? To wszystko nie ma znaczenia. Po prostu jest... I Ty jesteś. Teraz. Bądź.
Dziękuję
Jeżeli jednak nie wątpisz w swoje umiejętności i jeden artykuł nie zmieni Twojego życia to zapraszam do lektury...
Co to jest porażka?
To takie pytanie na początek. Dla Ciebie. Jeśli masz ochotę to je sobie zadaj. Ja to zrobiłem.. Zacząłem zastanawiać się po tym jak po raz któryś z kolei coś mi się nie udało. Zacząłem rozmyślać o tym, co to takiego ta "porażka". Pierwsze skojarzenie jakie miałem to - niezrealizowane zamierzenie. Ale zaraz potem, wyuczony i nasiąknięty "mądrością rozwoju osobistego" umysł podsunął mi myśl, że przecież to ogromna szansa nauki..
Ok. Jest trop. Porażka daje "mądrość", może wiedzę, może umiejętności... Jakkolwiek by na to nie patrzeć to za negatywnymi doświadczeniami kryje się jakaś nauka... Niby tak. Ale jaka?
Jaką naukę niesie niezrealizowanie swojego planu? Być może rozważania na temat tego co i jak poszło nie tak może przyczynić się do uświadomienia sobie błędów...
Ale co mi da wiedza na temat popełnionych błędów?
Niektórzy ludzie mówią, że nauka wyniesiona z błędów pomoże uniknąć ich powtórzenia w przyszłości...
Doprawdy? A co z powiedzeniem, że nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki?? W teoretycznych eksperymentach moglibyśmy uznać to za prawdę... Ale to jest życie, a tu takie same okoliczności, takie same warunki, taka sama synchronizacja czasowa... to chyba bajki co?
W takim razie odrzućmy na chwilę na bok to (i inne także) przekonanie, niech sobie poczeka chwilę i jeśli w to wierzysz to pewnie za chwilę i tak wróci. Odzierając porażkę z tej pierwszej warstwy wchodzimy głębiej... W emocje.. Oj to już głęboko... Ty wiesz jak to jest jak coś nie idzie po myśli.. Mały plan, mały żal. Wielkie plany... wielki zawód. Zostajesz sam na sam ze swoimi uczuciami... Jesteś tylko Ty i Twój niezrealizowany cel.. To wszystko wzbudza emocje.. Czasem smutek i żal, czasem agresję i wrogość aż do całkowitego zniechęcenia. Czasem są to salwy śmiechu i dzikie brechty "o jaki ja byłem głupi"...
Co jest wyznacznikiem porażki?
Emocja? Chwilowo tak to wygląda.. Wsłuchując się jeszcze bardziej.. dochodzi do kolejnego zapytania.. A co jest za emocją? Odsuwając je teraz nieco - przechodząc do bardziej matematycznego rozumowania: byliśmy w punkcie A - chcieliśmy do B a w rzeczywistości znaleźliśmy się w -34. Nawet nie w C czy D. Tylko w punkcie -34. To zupełnie inny poziom. Nie inny punkt na linii. Nie inny punkt na płaszczyźnie. Ale w zupełnie innym wymiarze. Przeszliśmy od punktu A do punktu -34
W pewnym sensie sam byłem zszokowany takim rozumowaniem i zacząłem zastanawiać się czy to nie jakieś problemy z głową... Może. W każdym razie poprosiłem ją o więcej... :--) [wyjaśnień]
Podsumowując to co do tej pory zostało napisane: Na początku były przekonania, wytłumaczenia (kto chce szuka sposobu itp) - głębiej były emocje. Co czujesz w stosunku do tego co się dzieje.. A potem przyszły chłodne kalkulacje.
Czym więc jest ta porażka?
A czy jest ona w ogóle czymś? Czy sukces jest jakimś czymś? Wróćmy z powrotem do przekonań.. W jakim horyzoncie czasowym coś jest porażką, a w jakim nią nie jest? W perspektywie całego życia, porażki mogą być uznane jako "drobne niepowodzenia" - ale przecież potem to że coś nie wyszło sprawiło że wydarzyło się coś innego... Kiedy się to działo nasze myślenie było nieco inne.. Przepełnione emocjami i przekonaniami. Ale kiedy naciśniesz stop. Właśnie teraz. STOP.
Jesteś teraz. Tylko jesteś. I nic więcej. Jesteś... punktem w którymkolwiek z wymiarów. Nie sferą, nie płaszczyzną, nie linią - jesteś punktem. Wtedy... właściwie nic nie istnieje... Wszystko jest w jednym i jedno we wszystkim. (hehe nie sfiksowałem - bez obaw :-) )
Nie byłem usatysfakcjonowany tą odpowiedzią mojego umysłu. Zadałem sobie pytanie po raz kolejny: Czym jest porażka?
A wtedy przypłynęła myśl: A jakie to ma znaczenie?
i wtedy zrozumiałem...
Pytanie: Czy to co napisałem jest przez Ciebie zrozumiane? Jeśli tak. Ok. Jeśli nie - czy to porażka? Przecież chciałem być w innym miejscu rzeczywistości, gdzie moje doświadczenia niosą pomoc innym, a czy inni tej pomocy chcą, oczekują i czy to w ogóle jest pomoc innym. Widzisz teraz? To wszystko nie ma znaczenia. Po prostu jest... I Ty jesteś. Teraz. Bądź.
Dziękuję
wtorek, 7 grudnia 2010
freelancing - dobry sposób na pieniądze, czy po prostu sposób na dobre życie
Dla odmiany odpowiem od razu: ani to ani to. I dodam jeszcze wykrzyknik, o: !
Jakkolwiek bym o tym nie myślał do tej pory, po tylu latach (bo robię to już od szkoły sredniej) docieram do kresu swojej wytrzymałości w tym "stylu". Dość już. I chociaż to napisałem. I chociaż to wykrzyczałem - to w środku rodzi się niepokój. A co z niedokończoną pracą, którą mam do zrobienia?? Przecież obiecałem. Przecież jestem uczciwy i solidny. Przecież...
Przecież to właśnie jest ten łańcuch, który mnie ciągle trzyma na uwięzi. Nie masz czasu na życie, nie masz czasu dla rodziny, nie masz czasu na sen - a o rozrywce już nie wspominam.
I choćbyś nie wiem jak był zdyscyplinowany, a uwierz mi że w tej materii potrafię być - nie dasz rady zrealizować wszystkiego. Nie w takim czasie w jakim tego oczekują. Zginiesz z głodu zanim dostaniesz pieniądze, albo jeszcze wcześniej padniesz z wycieńczenia... Po rodzinie zostanie gdzieś na półce zakurzone zdjęcie...
A kiedy żyć?
Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że pracuje po 10-12 godzin, to się tylko uśmiecham ironicznie. Nie wobec nich i nie z nich - ale z samego siebie. 14-16 godzin pracy to normalny tryb dnia. (zostaje 8-10h na sen i jedzenie oraz inne czynności domowe).
A gdzie jest k...(rde) :-) kasa?????
Na pewno pieniądze nie rodzą się z pracy, bo byłbym milionerem już dawno. Im bardziej jestem rzetelny, solidny, układny i najlepszy w tym co robię. tym więcej pracuję, tym mniej czasu mam dla rodziny i życia.
Czy przychodząc do domu po pracy o 18.00 (tak się tu pracuje) miałbyś jeszcze ochotę na pracę do 23-24? Ile by to musiało kosztować??? Zajrzałem w czeluści Internetu i oczom moim ukazało się:
Więc gdybym tak zarobił 10zł/h na etacie to po pracy muszę liczyć 15. W soboty i niedziele 20 (przy spełnieniu określonych wymogów). Ale.. jako freelancer. Opłacając koszty księgowej i ubezpieczenie. Biorąc na siebie dużo większe ryzyko ta stawka powinna być nieco chyba wyższa co? No chyba nie po to się zakłada firmę, żeby zarabiać mniej niż na etacie.... ?
A ja dalej robię na odwrót... W imię czego? Myślisz, że jak coś dla kogoś robisz dobrze to ten ktoś Cię będzie lubił? Zrób coś źle to szybko się przekonasz jaka jest prawda...
Chyba stanę się wredny dla innych. Do tej pory nie byłem aż tak świadomy, jak bardzo wredny byłem dla rodziny i siebie samego. Bez wytchnienia. Bez odpoczynku. Z oczami przyklejonymi do tylnej części czaszki i przerażonym głosem wewnętrznym - no przecież ono się pogniewa... Umawialiśmy się przecież...
Tak. Umawialiśmy się. I sam sobie tym dałem kopa we własne cztery litery. Jedynie do siebie mógłbym mieć pretensje... Ale nie mam. Bo dzięki temu zrozumiałem, a zrozumienie... to tak jak byś się obudził
Do roboty!
Jakkolwiek bym o tym nie myślał do tej pory, po tylu latach (bo robię to już od szkoły sredniej) docieram do kresu swojej wytrzymałości w tym "stylu". Dość już. I chociaż to napisałem. I chociaż to wykrzyczałem - to w środku rodzi się niepokój. A co z niedokończoną pracą, którą mam do zrobienia?? Przecież obiecałem. Przecież jestem uczciwy i solidny. Przecież...
Przecież to właśnie jest ten łańcuch, który mnie ciągle trzyma na uwięzi. Nie masz czasu na życie, nie masz czasu dla rodziny, nie masz czasu na sen - a o rozrywce już nie wspominam.
I choćbyś nie wiem jak był zdyscyplinowany, a uwierz mi że w tej materii potrafię być - nie dasz rady zrealizować wszystkiego. Nie w takim czasie w jakim tego oczekują. Zginiesz z głodu zanim dostaniesz pieniądze, albo jeszcze wcześniej padniesz z wycieńczenia... Po rodzinie zostanie gdzieś na półce zakurzone zdjęcie...
A kiedy żyć?
Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że pracuje po 10-12 godzin, to się tylko uśmiecham ironicznie. Nie wobec nich i nie z nich - ale z samego siebie. 14-16 godzin pracy to normalny tryb dnia. (zostaje 8-10h na sen i jedzenie oraz inne czynności domowe).
A gdzie jest k...(rde) :-) kasa?????
Na pewno pieniądze nie rodzą się z pracy, bo byłbym milionerem już dawno. Im bardziej jestem rzetelny, solidny, układny i najlepszy w tym co robię. tym więcej pracuję, tym mniej czasu mam dla rodziny i życia.
Czy przychodząc do domu po pracy o 18.00 (tak się tu pracuje) miałbyś jeszcze ochotę na pracę do 23-24? Ile by to musiało kosztować??? Zajrzałem w czeluści Internetu i oczom moim ukazało się:
Za pracę w godzinach nadliczbowych, oprócz normalnego wynagrodzenia, przysługuje dodatek w wysokości:
100% wynagrodzenia - za pracę w godzinach nadliczbowych przypadających:
Nie należy się dodatek, jeśli pracownik w zamian za pracę ponad normę otrzymał inny dzień wolny
w niedziele i święta niebędące dla pracownika dniami pracy, zgodnie z obowiązującym go rozkładem czasu pracy
w dniu wolnym od pracy udzielonym pracownikowi w zamian za pracę w niedzielę lub w święto, zgodnie z obowiązującym go rozkładem czasu pracy,
50% wynagrodzenia - za pracę w godzinach nadliczbowych przypadających w każdym innym dniu niż określony powyżej. Orzecznictwo
„Przez normalne wynagrodzenie należy rozumieć takie wynagrodzenie, które pracownik otrzymuje stale i systematycznie, a więc obejmujące zarówno wynagrodzenie zasadnicze wynikające ze stawki osobistego zaszeregowania, jak i dodatkowe składniki wynagrodzenia o charakterze stałym, jeżeli na podstawie obowiązujących w zakładzie pracy przepisów płacowych pracownik ma prawo do takich dodatkowych składników" (wyrok SN z 3 czerwca 1986 r., I PRN 40/86; OSNC z 1987 r. nr 9, poz. 140).Jeśli chcesz poczytać więcej zapraszam na źródło tego cytatu: http://msp.money.pl/wiadomosci/kadry/artykul/wynagrodzenie;za;godziny;nadliczbowe,214,0,231638.html
Więc gdybym tak zarobił 10zł/h na etacie to po pracy muszę liczyć 15. W soboty i niedziele 20 (przy spełnieniu określonych wymogów). Ale.. jako freelancer. Opłacając koszty księgowej i ubezpieczenie. Biorąc na siebie dużo większe ryzyko ta stawka powinna być nieco chyba wyższa co? No chyba nie po to się zakłada firmę, żeby zarabiać mniej niż na etacie.... ?
A ja dalej robię na odwrót... W imię czego? Myślisz, że jak coś dla kogoś robisz dobrze to ten ktoś Cię będzie lubił? Zrób coś źle to szybko się przekonasz jaka jest prawda...
Chyba stanę się wredny dla innych. Do tej pory nie byłem aż tak świadomy, jak bardzo wredny byłem dla rodziny i siebie samego. Bez wytchnienia. Bez odpoczynku. Z oczami przyklejonymi do tylnej części czaszki i przerażonym głosem wewnętrznym - no przecież ono się pogniewa... Umawialiśmy się przecież...
Tak. Umawialiśmy się. I sam sobie tym dałem kopa we własne cztery litery. Jedynie do siebie mógłbym mieć pretensje... Ale nie mam. Bo dzięki temu zrozumiałem, a zrozumienie... to tak jak byś się obudził
Do roboty!
wtorek, 31 marca 2009
Jak zmienić słabości w mocne strony? (cz.2)
Dziś może nie tyle o słabościach, co o osłabiających przekonaniach. Dokonałem w tej kwesti kilku odkryć.. No może zbyt dużo powiedziane. Po prostu sobie uswiadomiłem pewne rzeczy :-)
1. Dążenie do celu jest bardziej przyjemne niż jego osiągnięcie
Do tej pory myślałem o tym w ten sposób, że samo dążenie jest już przyjemne, że samo dążenie jest trochę celem samym w sobie.. Wielcy myśliciele często podkreślają, że liczy się działanie na drodze do celu, sam proces osiągania, a nie tylko zwieńczenie sukcesem.
Jakoś przywykłem do myślenia o tym w ten sposób. Uwierzyłem, że trzeba się skupić na procesie a nie na sukcesie.
Jakie skutki? Ano takie, że mam mnóstwo rozpoczętych spraw, niedokończonych i "o zgrozo" nie sfinansowanych projektów. Skupiłem się na realizacji zamierzeń. Skupiłem się na dążeniu, na procesie.. Zabrakło trochę skupienia na finalizacji.
Ponoć prawdziwych facetów poznaje się po tym jak kończą... No właśnie. Nie działanie, ale finalizacja zamyka projekt. Sukces ubiera działanie w sens.
2. Pomaganie innym
Kiedyś... Ba! Całkiem niedawno jeszcze. W moich programach rocznych zakładałem, że chcę pomagać ludziom... Szlachetne. Wzniosłe i dobre.. ale dla kogo?
Zacząłem baczniej obserwować siebie i otaczającą rzeczywistość. Coraz mniej czasu dla siebie. Coraz więcej zajęć i działań. A efekty coraz mniejsze... No może tylko podziękowań więcej... Bywało gorzej, kiedy nie potrafiłem odmówić pomocy kosztem bieżących realizowanych projektów...
Cały szkopuł w tym, aby odnaleźć własną równowagę pomiędzy byciem chamem i odmawianiem pomocy, a byciem frajerem, który robi wszystko dla wszystkich. Tak nie można! Nie da się robić wszystkiego dla czystej satysfakcji, że pomogłem.. ani tym bardziej unikając poczucia winy, że nie pomogłem... W sklepie przysług mi nie robią za dziękuję... :(
Z drugiej strony nie pomaganie nikomu jest też bez sensu. Przecież sam czasem proszę o pomoc. Trzeba by znaleźć złoty środek. Jakiś system wymiany dóbr i usług. Patent na współpracę, która będzie ewidentnie korzystna dla obu stron a nie tylko dla jednej z nich..
3. Uległość
Mówienie "tak", kiedy myślę "zdecydowanie nie". Brak wierności własnym poglądom i przekonaniom. Brak otwartości w wyrażaniu własnych reguł.
Dlaczego mam być uległy bardziej innym niż samemu sobie? Jak to jest, że ktoś może wymagać więcej ode mnie niż ja sam od siebie wymagam? Bo co?
4. Zdecydowanie
Ale skoro miałem pisać o słabościach to mówimy o braku zdecydowania... Co to jest zdecydowanie?
Działanie typu: "przeforsuję wszystko, bo ma być po mojemu" lub "postawię na swoim i będę się upierał" czy może "zamknę oczy i na pochybel"?
Wydaje mi się, że najbardziej chodzi w tym wszystkim o umiejętność podejmowania decyzji. Doprowadzenia do sytuacji kiedy muszę wybrać "wóz albo przewóz". Wahanie jest potrzebnym uczuciem, ale tylko do momentu kiedy rozważy sie wszystkie za i przeciw. Kiedy się już podejmie jedną decyzję to już nie ma dwa kroki w przód i jeden w tył. Ale zaraz...
No właśnie o tym mówię.. Nie ma żadnego: "ale zaraz". Albo uważam coś za słuszne, albo nie.
5. Konsekwencja
Czasem się zdarza, że przez chwilę mamy dobry nastrój a jakaś wredna istota ludzka nam go popsuje.. (jeśli jej na to pozwolimy). Czy już do końca dnia powinienem konsekwentnie być zły? Czy może radosny bo wcześniej było lepiej... Co to takiego konsekwencja i dlaczego może być sprzyjającym przekonaniem?
Tu zostawiam miejsce na Twój komentarz...
To właśnie niekonsekwencja. Skoro już zacząłem opisywać głębiej co myślę, to nie powinienem teraz przerywać i pozostawiać tego do dyspozycji czytelnika.. Będę niekonsekwentny, ale zdecydowany. Koniec wpisu :-)
1. Dążenie do celu jest bardziej przyjemne niż jego osiągnięcie
Do tej pory myślałem o tym w ten sposób, że samo dążenie jest już przyjemne, że samo dążenie jest trochę celem samym w sobie.. Wielcy myśliciele często podkreślają, że liczy się działanie na drodze do celu, sam proces osiągania, a nie tylko zwieńczenie sukcesem.
Jakoś przywykłem do myślenia o tym w ten sposób. Uwierzyłem, że trzeba się skupić na procesie a nie na sukcesie.
Jakie skutki? Ano takie, że mam mnóstwo rozpoczętych spraw, niedokończonych i "o zgrozo" nie sfinansowanych projektów. Skupiłem się na realizacji zamierzeń. Skupiłem się na dążeniu, na procesie.. Zabrakło trochę skupienia na finalizacji.
Ponoć prawdziwych facetów poznaje się po tym jak kończą... No właśnie. Nie działanie, ale finalizacja zamyka projekt. Sukces ubiera działanie w sens.
2. Pomaganie innym
Kiedyś... Ba! Całkiem niedawno jeszcze. W moich programach rocznych zakładałem, że chcę pomagać ludziom... Szlachetne. Wzniosłe i dobre.. ale dla kogo?
Zacząłem baczniej obserwować siebie i otaczającą rzeczywistość. Coraz mniej czasu dla siebie. Coraz więcej zajęć i działań. A efekty coraz mniejsze... No może tylko podziękowań więcej... Bywało gorzej, kiedy nie potrafiłem odmówić pomocy kosztem bieżących realizowanych projektów...
Cały szkopuł w tym, aby odnaleźć własną równowagę pomiędzy byciem chamem i odmawianiem pomocy, a byciem frajerem, który robi wszystko dla wszystkich. Tak nie można! Nie da się robić wszystkiego dla czystej satysfakcji, że pomogłem.. ani tym bardziej unikając poczucia winy, że nie pomogłem... W sklepie przysług mi nie robią za dziękuję... :(
Z drugiej strony nie pomaganie nikomu jest też bez sensu. Przecież sam czasem proszę o pomoc. Trzeba by znaleźć złoty środek. Jakiś system wymiany dóbr i usług. Patent na współpracę, która będzie ewidentnie korzystna dla obu stron a nie tylko dla jednej z nich..
3. Uległość
Mówienie "tak", kiedy myślę "zdecydowanie nie". Brak wierności własnym poglądom i przekonaniom. Brak otwartości w wyrażaniu własnych reguł.
Dlaczego mam być uległy bardziej innym niż samemu sobie? Jak to jest, że ktoś może wymagać więcej ode mnie niż ja sam od siebie wymagam? Bo co?
4. Zdecydowanie
Ale skoro miałem pisać o słabościach to mówimy o braku zdecydowania... Co to jest zdecydowanie?
Działanie typu: "przeforsuję wszystko, bo ma być po mojemu" lub "postawię na swoim i będę się upierał" czy może "zamknę oczy i na pochybel"?
Wydaje mi się, że najbardziej chodzi w tym wszystkim o umiejętność podejmowania decyzji. Doprowadzenia do sytuacji kiedy muszę wybrać "wóz albo przewóz". Wahanie jest potrzebnym uczuciem, ale tylko do momentu kiedy rozważy sie wszystkie za i przeciw. Kiedy się już podejmie jedną decyzję to już nie ma dwa kroki w przód i jeden w tył. Ale zaraz...
No właśnie o tym mówię.. Nie ma żadnego: "ale zaraz". Albo uważam coś za słuszne, albo nie.
5. Konsekwencja
Czasem się zdarza, że przez chwilę mamy dobry nastrój a jakaś wredna istota ludzka nam go popsuje.. (jeśli jej na to pozwolimy). Czy już do końca dnia powinienem konsekwentnie być zły? Czy może radosny bo wcześniej było lepiej... Co to takiego konsekwencja i dlaczego może być sprzyjającym przekonaniem?
Tu zostawiam miejsce na Twój komentarz...
To właśnie niekonsekwencja. Skoro już zacząłem opisywać głębiej co myślę, to nie powinienem teraz przerywać i pozostawiać tego do dyspozycji czytelnika.. Będę niekonsekwentny, ale zdecydowany. Koniec wpisu :-)
poniedziałek, 9 marca 2009
Coś mi się porobiło ;-)
Nie wiem dokładnie co.. Czuję zmianę... Czuję pozytywną zmianę... Trochę bólu i żalu ostatnio mnie wzmocniło. Zima wzbogaciła mnie lepszą organizację ciepła wewnętrznego..
Wszechświata całego nie ogrzejesz otwierając okna, co najwyżej zmarzniesz... Ot taki wniosek. Chcesz to sobie go spodobaj :-)
Kolejny: Im więcej dajesz z siebie za darmo tym mniej Cię cenią... Hej no przecież to logiczne. Im bardziej zbliżasz swoją wartość do 0 to czego innego się spodziewasz?
Chcę się nauczyć tak, żeby dawali mi więcej niż chcę za to co robię :-)
PS. dziś także zrozumiałem, że chcę nauczyć się brać tyle ile dają, nawet jeśli to więcej niż tego chciałem..
Wszechświata całego nie ogrzejesz otwierając okna, co najwyżej zmarzniesz... Ot taki wniosek. Chcesz to sobie go spodobaj :-)
Kolejny: Im więcej dajesz z siebie za darmo tym mniej Cię cenią... Hej no przecież to logiczne. Im bardziej zbliżasz swoją wartość do 0 to czego innego się spodziewasz?
Chcę się nauczyć tak, żeby dawali mi więcej niż chcę za to co robię :-)
PS. dziś także zrozumiałem, że chcę nauczyć się brać tyle ile dają, nawet jeśli to więcej niż tego chciałem..
poniedziałek, 2 marca 2009
To co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu
... Jak napisał Exupery w "Małym księciu".
Jak bardzo to prawdziwe ostatnio przekonuję się coraz częściej. Dla przykładu: programowanie stron internetowych. Zajmuję się redagowaniem i administrowaniem strony naszej gminy (rudnik.pl). Kiedy przyszedłem do pracy był to czysty kod html. Według standardów html 4.0 Tagi jeszcze opisane każdy z osobna. Bez styli, bez css'a.
Zmieniłem silnik strony. Zbudowałem stronę zbliżoną do standardów (wszystkich plików z kilku tysięcy html'i nie byłem w stanie przerobić. Skupiłem się tylko na aktualnych plikach oraz głównych częściach witryny. Projektu graficznego bardzo nie ruszałem, nieco go zmodyfikowałem i rozjaśniłem. Zbudowałem stronę z użyciem css oraz skryptów php do sprytnego ładowania zawartości. Pracy było dużo, a efektu widać nie było.
Ostatnio poświęciłem wiele czasu na naukę programowania obiektowego. Dzięki zdobytej wiedzy znów zmodyfikowałem kod strony, tak żeby był jeszcze sprytniejszy i jeszcze szybciej ładował elementy. Grafiki nie ruszałem. Poświęciłem temu trochę czasu i pracy a efekt? Dla użytkowników niewidoczny gołym okiem...
Przyspieszy ładowanie strony i zminimalizuje znacząco czas umieszczania postów na stronie.
Przykład z życia:
Nauczyłem się czegoś nowego. Poznałem nowe sposoby myślenia i wreszcie uświadomiłem sobie pewne prawdy.. a efektu gołym okiem nie widać..
I tak sobie myślę... Wszyscy ludzie są tacy sami. Zbudowani z prawie takich samych związków chemicznych (kwestia zawartości to już inna sprawa). A to co jest w ich głowach jest tak naprawdę niewidoczne dla oczu. TO czyni ich bogatymi, biednymi. To czyni ich prawnikami, lekarzami, nauczycielami. To co niewidoczne dla oczu, to co tak najtrudniej dostrzec jest celem poznania i nauki..
I patrzysz na ten post... I widzisz, że nie jest mega odkrywczy... Nic nowego nie powiedziałem...
A to co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu....
Jak bardzo to prawdziwe ostatnio przekonuję się coraz częściej. Dla przykładu: programowanie stron internetowych. Zajmuję się redagowaniem i administrowaniem strony naszej gminy (rudnik.pl). Kiedy przyszedłem do pracy był to czysty kod html. Według standardów html 4.0 Tagi jeszcze opisane każdy z osobna. Bez styli, bez css'a.
Zmieniłem silnik strony. Zbudowałem stronę zbliżoną do standardów (wszystkich plików z kilku tysięcy html'i nie byłem w stanie przerobić. Skupiłem się tylko na aktualnych plikach oraz głównych częściach witryny. Projektu graficznego bardzo nie ruszałem, nieco go zmodyfikowałem i rozjaśniłem. Zbudowałem stronę z użyciem css oraz skryptów php do sprytnego ładowania zawartości. Pracy było dużo, a efektu widać nie było.
Ostatnio poświęciłem wiele czasu na naukę programowania obiektowego. Dzięki zdobytej wiedzy znów zmodyfikowałem kod strony, tak żeby był jeszcze sprytniejszy i jeszcze szybciej ładował elementy. Grafiki nie ruszałem. Poświęciłem temu trochę czasu i pracy a efekt? Dla użytkowników niewidoczny gołym okiem...
Przyspieszy ładowanie strony i zminimalizuje znacząco czas umieszczania postów na stronie.
Przykład z życia:
Nauczyłem się czegoś nowego. Poznałem nowe sposoby myślenia i wreszcie uświadomiłem sobie pewne prawdy.. a efektu gołym okiem nie widać..
I tak sobie myślę... Wszyscy ludzie są tacy sami. Zbudowani z prawie takich samych związków chemicznych (kwestia zawartości to już inna sprawa). A to co jest w ich głowach jest tak naprawdę niewidoczne dla oczu. TO czyni ich bogatymi, biednymi. To czyni ich prawnikami, lekarzami, nauczycielami. To co niewidoczne dla oczu, to co tak najtrudniej dostrzec jest celem poznania i nauki..
I patrzysz na ten post... I widzisz, że nie jest mega odkrywczy... Nic nowego nie powiedziałem...
A to co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu....
piątek, 14 listopada 2008
Napieraj, napieraj, napieraj
Przeczekałem chwilę żeby przekonać się czy nawyk rozwinął się na tyle mocno...
Pewnego dnia przeczytałem książkę, o której często się ostatnio pisze. Polecam ją gorąco, tym bardziej że jest dostępna za darmo na http://www.czarodzieje.com.pl/
Książka niezwykła... Magiczna... Cudotwórcza...
Po jej przeczytaniu coś mi się w głowie zaczarowało i otworzyła się jakaś klapka.
Pewnie doskonale zdajesz sobie sprawę, zeby realizować swoje marzenia trzeba coś w tym kierunku robić. Ba! Może nawet masz plan dotarcia do punktu docelowego. Wsiadłeś w ten samochód i chcesz dojechać na miejsce. Tylko, że samochód nie zawsze jedzie tam gdzie chcesz... Tak to jest kiedy się wsiada jako pasażer...
Kiedy ja narysowałem sobie mój cel - 10 000 zł w miesiąc miałem w głowie obraz czegoś niewyobrażalnie wielkiego. Wielka góra do zdobycia. Z lekkim przerażeniem patrzyłem na to i mówiłem sobie "jakoś dam radę.. coś wymyślę". W międzyczasie pojawiło się kilka szans. Może nie na 10000, ale gdyby je rozwinąć... Co najmniej połowę mógłbym szybko zrobić...
Nabyłem pewnego nawyku, którego wtedy było mi brak. Gdy miałem zrealizować jakieś zadanie. Np. zrobić stronę internetową - siadałem przez pół nocy, by zrobić 1/4. Potem miałem awersję i ogromną niechęć do jakiejkolwiek pracy, ale po kilku dniach znów siadałem. Czasem robiłem dużo czasem mało, a czasem nie zrobiłem nic. Realizacja zadania trwała dość długo... (biorąc pod uwagę liczbę przerw pomiędzy działaniem)
Nowy nawyk nie polega na tym by od razu robić całość - bo czasem to niewykonalne. Nigdy nie podobało mi się podejście pracoholiczne do biznesu...
Szukałem jakiegoś rozwiązania, które byłoby skrojone dla mnie. I znalazłem. Akurat dla mnie jest dobry i skuteczny właśnie teraz. Może w przyszłości będę robił to inaczej. Teraz jednak stale napieram na swoje cele.
I choćby to była drobnostka jak np. wykonanie tylko jednego punktu z 10 zaplanowanych do realizacji - muszę ją wykonać. Cały czas czuję potrzebę do realizacji choć drobnego kroczku. Czasem z rozpędu robię więcej, ale najważniejsze by każdego dnia, czy choćby co kilka godzin wykonać coś co przybliży do finału.
Czasem jest tak, że patrzysz na "stertę" zadań do zrobienia i w środku odzywa się taki (jak to było w reklamie PLUS GSM) "wewnętrzny fuj".
Wtedy jest tylko jeden sposób do pokonania go.
Namówić się do zrobienia największej rzeczy na jaką byłbyś się w stanie teraz zgodzić. Czasem jest to pół projektu a czasem tylko zmniejszenie zdjęć czy przeniesienie plików... Ale coś robisz by sfinalizować to dzialanie.
Kiedy zaczniesz do tego podchodzić w ten sposób, może zauważysz, a może nie, że zawsze jesteś w stanie zgodzić się na jakąś mikroskopijną drobnostkę... A z czasem zaczyna się magia...
Jeden z trenerów NLP, którego bardzo cenię, uczył, żeby w dążeniu do celu, w każdym działaniu zawsze zostawiać sobie niedosyt. To będzie tworzyło naturalne "ssanie". Czasem warto jest zrobić mniej niż zamierzasz, bo za każdym następnym razem łatwiej i chętniej przystąpisz do działania... Wyobraź sobie jak by było fajnie gdybyś z łatwością zabierał się do każdego zadania.. :-)
(przykład dla wyjątkowo i ekstremalnie leniwych :-))
Załóżmy że zadaniem jest wrzucenie galerii zdjęć na stronę www. Trzeba zacząć od skopiowania i edycji zdjęć, które dostajesz na płycie. I odzywa się ten wewnętrzny fuj... Niechęć do robienia czegokolwiek.. Jestem pewien że wiesz co to za stan :-)
No to umówmy się że teraz tylko zajmę się edycją zdjęć... i dalej ten fuj..
W takim razie tylko skopiuję fotki na dysk... Ok to nie zajmie długo. Dam radę.
Ale żeby pozostawić niedosyt tylko otworzę folder ze zdjęciami.. (Zawsze mogłem tylko włożyć płytę do napędu albo wyjąć ją z koperty ;p ... Już widzę Twój uśmiech na twarzy, ale bawmy się dalej...)
Do czego zmierzam?
Dochodzimy w pewnym momencie do dna, do czynności, która jest wręcz śmieszna by jej nie zrobić. No bo jeśli już wrzuciłem tą płytkę do napędu to idiotyczne byłoby nie skopiowanie ich na dysk... A kiedy już mam na dysku to chociaż je obejrzę. A potem za godzinę edytuję chociaż jedno.. I tak tworzy się niedosyt. Ssanie, które rozwija się coraz bardziej i bardziej i bardziej.. A po kilku dniach mikroskopijną rzeczą już nie jest włożenie płyty do napędu, tylko edycja jednego zdjęcia...
I nie chodzi tu już o szczegóły i idiotyczność lenistwa, czy wewnętrznego fuja. Stwarzasz sobie atmosferę do realizacji celu.
Co jest ważne?
Przede wszystkim systematyczność. Ale nie narzucona przez kogoś czy nawet przez Ciebie samego.
Mała rzecz a cieszy
Systematyczność wywołana przez to ssanie, które zmienia pogląd na wszystko co do tej pory robiłeś. Z realizacją każdego kroczku przychodzi coraz większa moc, entuzjazm i siła. Z początku jest to tak mikroskopijne jak czynności, które wykonujesz.. a potem przychodzi zdumienie, że realizacja poszła szybciej niż planowałeś...
Do tego koktajlu dolejemy jeszcze trochę alkoholu, żeby było bardziej ekscytująco. Zazwyczaj nie jedna sprawa a tysiące czeka na realizację. Przeploty pomiędzy mikro zadaniami czynią wszystko bardziej sympatycznym do przełknięcia. Niesamowita szybkość realizacji kroczków i ssanie wywołują pewien ciekawy entuzjazm...
Sprawdź to.. użyj.. oceń czy to ma dla Ciebie sens.. a Jeśli masz wielką ochotę na kwiecisty komentarz zacznij od kropki.. potem będzie już lżej :-)
Pewnego dnia przeczytałem książkę, o której często się ostatnio pisze. Polecam ją gorąco, tym bardziej że jest dostępna za darmo na http://www.czarodzieje.com.pl/
Książka niezwykła... Magiczna... Cudotwórcza...
Po jej przeczytaniu coś mi się w głowie zaczarowało i otworzyła się jakaś klapka.
Pewnie doskonale zdajesz sobie sprawę, zeby realizować swoje marzenia trzeba coś w tym kierunku robić. Ba! Może nawet masz plan dotarcia do punktu docelowego. Wsiadłeś w ten samochód i chcesz dojechać na miejsce. Tylko, że samochód nie zawsze jedzie tam gdzie chcesz... Tak to jest kiedy się wsiada jako pasażer...
Kiedy ja narysowałem sobie mój cel - 10 000 zł w miesiąc miałem w głowie obraz czegoś niewyobrażalnie wielkiego. Wielka góra do zdobycia. Z lekkim przerażeniem patrzyłem na to i mówiłem sobie "jakoś dam radę.. coś wymyślę". W międzyczasie pojawiło się kilka szans. Może nie na 10000, ale gdyby je rozwinąć... Co najmniej połowę mógłbym szybko zrobić...
Nabyłem pewnego nawyku, którego wtedy było mi brak. Gdy miałem zrealizować jakieś zadanie. Np. zrobić stronę internetową - siadałem przez pół nocy, by zrobić 1/4. Potem miałem awersję i ogromną niechęć do jakiejkolwiek pracy, ale po kilku dniach znów siadałem. Czasem robiłem dużo czasem mało, a czasem nie zrobiłem nic. Realizacja zadania trwała dość długo... (biorąc pod uwagę liczbę przerw pomiędzy działaniem)
Nowy nawyk nie polega na tym by od razu robić całość - bo czasem to niewykonalne. Nigdy nie podobało mi się podejście pracoholiczne do biznesu...
Szukałem jakiegoś rozwiązania, które byłoby skrojone dla mnie. I znalazłem. Akurat dla mnie jest dobry i skuteczny właśnie teraz. Może w przyszłości będę robił to inaczej. Teraz jednak stale napieram na swoje cele.
I choćby to była drobnostka jak np. wykonanie tylko jednego punktu z 10 zaplanowanych do realizacji - muszę ją wykonać. Cały czas czuję potrzebę do realizacji choć drobnego kroczku. Czasem z rozpędu robię więcej, ale najważniejsze by każdego dnia, czy choćby co kilka godzin wykonać coś co przybliży do finału.
Czasem jest tak, że patrzysz na "stertę" zadań do zrobienia i w środku odzywa się taki (jak to było w reklamie PLUS GSM) "wewnętrzny fuj".
Wtedy jest tylko jeden sposób do pokonania go.
Namówić się do zrobienia największej rzeczy na jaką byłbyś się w stanie teraz zgodzić. Czasem jest to pół projektu a czasem tylko zmniejszenie zdjęć czy przeniesienie plików... Ale coś robisz by sfinalizować to dzialanie.
Kiedy zaczniesz do tego podchodzić w ten sposób, może zauważysz, a może nie, że zawsze jesteś w stanie zgodzić się na jakąś mikroskopijną drobnostkę... A z czasem zaczyna się magia...
Jeden z trenerów NLP, którego bardzo cenię, uczył, żeby w dążeniu do celu, w każdym działaniu zawsze zostawiać sobie niedosyt. To będzie tworzyło naturalne "ssanie". Czasem warto jest zrobić mniej niż zamierzasz, bo za każdym następnym razem łatwiej i chętniej przystąpisz do działania... Wyobraź sobie jak by było fajnie gdybyś z łatwością zabierał się do każdego zadania.. :-)
(przykład dla wyjątkowo i ekstremalnie leniwych :-))
Załóżmy że zadaniem jest wrzucenie galerii zdjęć na stronę www. Trzeba zacząć od skopiowania i edycji zdjęć, które dostajesz na płycie. I odzywa się ten wewnętrzny fuj... Niechęć do robienia czegokolwiek.. Jestem pewien że wiesz co to za stan :-)
No to umówmy się że teraz tylko zajmę się edycją zdjęć... i dalej ten fuj..
W takim razie tylko skopiuję fotki na dysk... Ok to nie zajmie długo. Dam radę.
Ale żeby pozostawić niedosyt tylko otworzę folder ze zdjęciami.. (Zawsze mogłem tylko włożyć płytę do napędu albo wyjąć ją z koperty ;p ... Już widzę Twój uśmiech na twarzy, ale bawmy się dalej...)
Do czego zmierzam?
Dochodzimy w pewnym momencie do dna, do czynności, która jest wręcz śmieszna by jej nie zrobić. No bo jeśli już wrzuciłem tą płytkę do napędu to idiotyczne byłoby nie skopiowanie ich na dysk... A kiedy już mam na dysku to chociaż je obejrzę. A potem za godzinę edytuję chociaż jedno.. I tak tworzy się niedosyt. Ssanie, które rozwija się coraz bardziej i bardziej i bardziej.. A po kilku dniach mikroskopijną rzeczą już nie jest włożenie płyty do napędu, tylko edycja jednego zdjęcia...
I nie chodzi tu już o szczegóły i idiotyczność lenistwa, czy wewnętrznego fuja. Stwarzasz sobie atmosferę do realizacji celu.
Co jest ważne?
Przede wszystkim systematyczność. Ale nie narzucona przez kogoś czy nawet przez Ciebie samego.
Mała rzecz a cieszy
Systematyczność wywołana przez to ssanie, które zmienia pogląd na wszystko co do tej pory robiłeś. Z realizacją każdego kroczku przychodzi coraz większa moc, entuzjazm i siła. Z początku jest to tak mikroskopijne jak czynności, które wykonujesz.. a potem przychodzi zdumienie, że realizacja poszła szybciej niż planowałeś...
Do tego koktajlu dolejemy jeszcze trochę alkoholu, żeby było bardziej ekscytująco. Zazwyczaj nie jedna sprawa a tysiące czeka na realizację. Przeploty pomiędzy mikro zadaniami czynią wszystko bardziej sympatycznym do przełknięcia. Niesamowita szybkość realizacji kroczków i ssanie wywołują pewien ciekawy entuzjazm...
Sprawdź to.. użyj.. oceń czy to ma dla Ciebie sens.. a Jeśli masz wielką ochotę na kwiecisty komentarz zacznij od kropki.. potem będzie już lżej :-)
poniedziałek, 3 listopada 2008
nowa praca - tak, ale po co?
Coś się we mnie skrzywiło..
Za namową jednego znajomego próbowałem dziś wypełnić formularz o pracę do jednej z ciekawszych firm w okolicy Rzeszowa jako handlowiec. O ile jeszcze przez CV udało mi się przebrnąć - to list motywacyjny mnie powalił (a niestety było to pole obowiązkowe).
Ściągnąłem sobie gotowca z pracuj.pl. Masakra. Takie włazidupstwo. Jakoś nie mogłem przełknąć że będę dyspozycyjny i lojalny wobec firmy...
Szukanie pracy.. Przecież tyle piszę o biznesie. O działalności gospodarczej... o kreatywnym podejściu do zarabiania pieniędzy... A tu nagle podanie o pracę. Blee.
Coś pojawiło się w myśleniu, które zmienia całe podejście do tego wszystkiego. Ja nie chcę pracować dla kogoś. Chcę pracować z kimś. A to jest różnica. Nie chcę być ich robolem w zamian za coś co w skrócie można nazwać "etat" - chcę współpracować na takich warunkach jakie mnie odpowiadają.
Może to wybujałe poczucie własnej wartości a może świadomość korzyści jakie mogą dać: moja wiedza+doświadczenie+charakter+umiejętności. Nie chcę ich oddawać za pozorne bezpieczeństwo finansowe. A tak naprawdę uzależnione w każdym momencie życia od widzimisie jakiegoś człowieczka nazywanego prezesem.
Chciałbym, żeby ta firma nauczyła mnie skutecznej sprzedaży w zamian za mój czas, ambicję, chęci, pracę i efekty. Chciałbym przy tym zarobić przyzwoite pieniądze...
Więc pytanie jak w temacie: Nowa praca - tak, ale po co?
Czy to tylko wymówka dla braku umiejętności, asertywności, determinacji i jaj do robienia biznesu? Chyba nad tym należałoby popracować a nie nad pisaniem CV. Sama niewiedza jak robić pieniądze także w niczym nie usprawiedliwia...
Odbiegając od tematu: miałem sen. Śniło mi się, że osiągnąłem to co chciałem. Miałem fantastyczny dom, ogród.. na podjeździe stał Jaguar XJR a żonka machała do mnie radośnie z tarasu. I wtedy przyszło olśnienie... Jakiś głos.. A najprawdopodobniej to moje własne myśli powiedziały, że aby osiągnąć to co chcę muszę stale naciskać. Stale chcieć i stale robić coś aby to osiągnąć. W tekscie wygląda to dziwnie ale to nie były tylko słowa. To było też pewne uczucie. Takie "aha", które zmieniło mój pogląd i już teraz jest inaczej...
Tak jak wpadnie się nagle na jakieś rozwiązanie zadania, taki przebłysk. Takie fajne uczucie, że zrozumiałem...
Za namową jednego znajomego próbowałem dziś wypełnić formularz o pracę do jednej z ciekawszych firm w okolicy Rzeszowa jako handlowiec. O ile jeszcze przez CV udało mi się przebrnąć - to list motywacyjny mnie powalił (a niestety było to pole obowiązkowe).
Ściągnąłem sobie gotowca z pracuj.pl. Masakra. Takie włazidupstwo. Jakoś nie mogłem przełknąć że będę dyspozycyjny i lojalny wobec firmy...
Szukanie pracy.. Przecież tyle piszę o biznesie. O działalności gospodarczej... o kreatywnym podejściu do zarabiania pieniędzy... A tu nagle podanie o pracę. Blee.
Coś pojawiło się w myśleniu, które zmienia całe podejście do tego wszystkiego. Ja nie chcę pracować dla kogoś. Chcę pracować z kimś. A to jest różnica. Nie chcę być ich robolem w zamian za coś co w skrócie można nazwać "etat" - chcę współpracować na takich warunkach jakie mnie odpowiadają.
Może to wybujałe poczucie własnej wartości a może świadomość korzyści jakie mogą dać: moja wiedza+doświadczenie+charakter+umiejętności. Nie chcę ich oddawać za pozorne bezpieczeństwo finansowe. A tak naprawdę uzależnione w każdym momencie życia od widzimisie jakiegoś człowieczka nazywanego prezesem.
Chciałbym, żeby ta firma nauczyła mnie skutecznej sprzedaży w zamian za mój czas, ambicję, chęci, pracę i efekty. Chciałbym przy tym zarobić przyzwoite pieniądze...
Więc pytanie jak w temacie: Nowa praca - tak, ale po co?
Czy to tylko wymówka dla braku umiejętności, asertywności, determinacji i jaj do robienia biznesu? Chyba nad tym należałoby popracować a nie nad pisaniem CV. Sama niewiedza jak robić pieniądze także w niczym nie usprawiedliwia...
Odbiegając od tematu: miałem sen. Śniło mi się, że osiągnąłem to co chciałem. Miałem fantastyczny dom, ogród.. na podjeździe stał Jaguar XJR a żonka machała do mnie radośnie z tarasu. I wtedy przyszło olśnienie... Jakiś głos.. A najprawdopodobniej to moje własne myśli powiedziały, że aby osiągnąć to co chcę muszę stale naciskać. Stale chcieć i stale robić coś aby to osiągnąć. W tekscie wygląda to dziwnie ale to nie były tylko słowa. To było też pewne uczucie. Takie "aha", które zmieniło mój pogląd i już teraz jest inaczej...
Tak jak wpadnie się nagle na jakieś rozwiązanie zadania, taki przebłysk. Takie fajne uczucie, że zrozumiałem...
środa, 15 października 2008
Edukacja biznesowa - umiejętność sprzedaży
Jak ważny jest to temat w moim życiu? Czy w ogóle sprzedaż jest dla mnie ważna? W jaki sposób umiejętności sprzedaży wpływają na jakość mojego życia? Czy istnieje jakaś zależność? Po co mi umiejętność sprzedaży?
Te i wiele innych pytań chodzi mi po głowie od czasu gdy zainteresowałem się tematem sprzedaży.
Sprzedawcami jesteśmy od dziecka. Kiedy byliśmy tak mali, że nie potrafiliśmy jeszcze mówić, płaczem sprzedawaliśmy nasze emocje, aby wywołać określone reakcje rodziców. Z czasem te umiejętności w nas wygasły, zostaliśmy stłumieni myśleniem typu "nie możesz dostać wszystkiego czego sobie życzysz"
Brak umiejętności sprzedaży jest jedną z przyczyną ludzkiego ubóstwa.
Dlaczego? A no dlatego, że nie umiemy sprzedać własnej wartości, nie umiemy sprzedać własnych umiejętności za rozsądną cenę. Obawiamy się odmowy i wyśmiania. Sprzedajemy tylko wtedy gdy jesteśmy do tego zmuszeni. Pracując na etacie sprzedajemy nasz drogocenny czas. Biorąc kredyt sprzedajemy nasze jutro i jutrzejszą pracę. Całe nasze życie jest jedną wielką sprzedażą siebie.
Jak to jest z tą sprzedażą w moim przypadku?
Zaczęło się od pracy w zwykłym sklepie. Kontakt z klientami. Przezwyciężanie pewnych obaw i lęków. Zdobyłem pewien mikroskopijny poziom asertywnego kontaktu z innymi. Przestałem się obawiać rozmowy z obcymi ludźmi, mało tego - nauczyłem się podstaw konwersacji, żartów, dyskusji. Zdobywałem podstawy tego co Mateusz Grzesiak (www.nlppolska.pl) nazywa inteligencją socjalną - która jest niczym innym jak umiejętnością sprzedaży własnej osoby w społeczeństwie.
Kiedy pracowałem jako doradca finansowy (a dokładnie jako kandydat na doradcę) nauczono mnie wspaniałych i nowych umiejętności. Dopiero dziś otworzyły mi się oczy jak bardzo pomaga mi w życiu wiedza, którą stamtąd wyniosłem (Dziękuję Ci Prezesie :-) ). Nie byłem wystarczająco asertywny i gotowy na to by zacząć przygodę ze sprzedażą na dobre i po początkowych niepowodzeniach podkuliłem ogon. Uciekłem od sprzedaży. Nie próbowałem zderzać się z kolejnymi odmowami. Nie próbowałem szukać odmów...
Dlaczego miałbym to robić? Przecież to głupota dzwonić do ludzi i słuchać ich odmowy...
NIE! Nie głupota! Nauka. Sama nauka w najczystszej jej formie... Odmowa->korekta, odmowa->korekta, odmowa->korekta, dotąd aż się odniesie sukces...
Wróciłem do bezpieczeństwa pracy na etacie i sprzedaży każdej z ośmiu godzin mojej doby za kilka marnych złotych...
Wow. To daje po twarzy. Jak kubeł zimnej wody...
Sprzedaż... Czego się powinienem jeszcze nauczyć, zeby stać się świetnym sprzedawcą?
Odmowy. Umiejętności dążenia do celu pomimo niej. Inteligencji emocjonalnej i sztuki negocjacji. Życiowej "twardości" i nieugiętości..
Czas coś zmienić...
Dzięki że jesteś :-)
Te i wiele innych pytań chodzi mi po głowie od czasu gdy zainteresowałem się tematem sprzedaży.
Sprzedawcami jesteśmy od dziecka. Kiedy byliśmy tak mali, że nie potrafiliśmy jeszcze mówić, płaczem sprzedawaliśmy nasze emocje, aby wywołać określone reakcje rodziców. Z czasem te umiejętności w nas wygasły, zostaliśmy stłumieni myśleniem typu "nie możesz dostać wszystkiego czego sobie życzysz"
Brak umiejętności sprzedaży jest jedną z przyczyną ludzkiego ubóstwa.
Dlaczego? A no dlatego, że nie umiemy sprzedać własnej wartości, nie umiemy sprzedać własnych umiejętności za rozsądną cenę. Obawiamy się odmowy i wyśmiania. Sprzedajemy tylko wtedy gdy jesteśmy do tego zmuszeni. Pracując na etacie sprzedajemy nasz drogocenny czas. Biorąc kredyt sprzedajemy nasze jutro i jutrzejszą pracę. Całe nasze życie jest jedną wielką sprzedażą siebie.
Jak to jest z tą sprzedażą w moim przypadku?
Zaczęło się od pracy w zwykłym sklepie. Kontakt z klientami. Przezwyciężanie pewnych obaw i lęków. Zdobyłem pewien mikroskopijny poziom asertywnego kontaktu z innymi. Przestałem się obawiać rozmowy z obcymi ludźmi, mało tego - nauczyłem się podstaw konwersacji, żartów, dyskusji. Zdobywałem podstawy tego co Mateusz Grzesiak (www.nlppolska.pl) nazywa inteligencją socjalną - która jest niczym innym jak umiejętnością sprzedaży własnej osoby w społeczeństwie.
Kiedy pracowałem jako doradca finansowy (a dokładnie jako kandydat na doradcę) nauczono mnie wspaniałych i nowych umiejętności. Dopiero dziś otworzyły mi się oczy jak bardzo pomaga mi w życiu wiedza, którą stamtąd wyniosłem (Dziękuję Ci Prezesie :-) ). Nie byłem wystarczająco asertywny i gotowy na to by zacząć przygodę ze sprzedażą na dobre i po początkowych niepowodzeniach podkuliłem ogon. Uciekłem od sprzedaży. Nie próbowałem zderzać się z kolejnymi odmowami. Nie próbowałem szukać odmów...
Dlaczego miałbym to robić? Przecież to głupota dzwonić do ludzi i słuchać ich odmowy...
NIE! Nie głupota! Nauka. Sama nauka w najczystszej jej formie... Odmowa->korekta, odmowa->korekta, odmowa->korekta, dotąd aż się odniesie sukces...
Wróciłem do bezpieczeństwa pracy na etacie i sprzedaży każdej z ośmiu godzin mojej doby za kilka marnych złotych...
Wow. To daje po twarzy. Jak kubeł zimnej wody...
Sprzedaż... Czego się powinienem jeszcze nauczyć, zeby stać się świetnym sprzedawcą?
Odmowy. Umiejętności dążenia do celu pomimo niej. Inteligencji emocjonalnej i sztuki negocjacji. Życiowej "twardości" i nieugiętości..
Czas coś zmienić...
Dzięki że jesteś :-)
wtorek, 14 października 2008
Edukacja biznesowa - odpowiedzialność za błędy
Pewnie wielu z Was doświadczyło sytuacji kiedy pretensje za czyjąś niewykonaną pracę spływają na nas... I nie ważne ile (i czy w ogóle) naszej winy w tym było... To my jesteśmy celem ataku.. Wczoraj miałem sytuację, kiedy ktoś dając przy okazji upust swym emocjom przekazywał mi jak bardzo źle się z nami współpracuje, jak bardzo ma żal do nas za nieterminowe wykonanie pracy, pokreślając co chwilę, że nic do mnie nie ma ale do osoby, która nie dopilnowała terminów.
Ale po co o tym piszę?
Nie po to żeby się skarżyć :-) Ostatnio pisałem na temat cech przedsiębiorcy. O tym jak zmienić swoje słabości w swoje mocne strony. Pisałem o delegowaniu zadań i oto z przykrego doświadczenia przyszła nauka.
Czego można się nauczyć, kiedy ktoś nas "opiernicza" za czyjeś niekompetencje i niedbalstwo?
Odwróćmy nieco sytuację. Załóżmy, że prowadzę działalność w ramach tych pięciu cech przedsiębiorcy. Zamiast robić wszystko samemu postanowiłem delegować zadania innym, aby oni mogli się wykazać i zarobić a ja wziąłbym tylko swoją prowizję.. Niech ta osoba wykaże się niekompetencją, niedbalstwem, lub jeszcze gorszymi cechami. Kto za to oberwie?
Odpowiedź wydaje się oczywista: ja.
Zdarzyło Ci się tak, że poleciłeś kogoś w dobrej wierze i straciłeś zaufanie przyjaciół kiedy polecona osoba "dała ciała"? Polecając kogoś bierzemy na siebie odpowiedzialność za to czy ta osoba wykona dobrze czy źle polecone zadanie.
Wniosek z tych rozmyślań, a także wczorajszej sytuacji dał mi nową wiedzę:
NAUCZ SIĘ ZARZĄDZAĆ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ
Wniosek ciekawy, ale jak to zrealizować od strony praktycznej. Przecież nie można zrzucać winy i perswadować przyjacielowi, że powinien się lepiej zastanowić. Nie można się odcinać od odpowiedzialności. Zawsze można się przyznać, porozmawiać.. dojść do jakiegoś porozumienia. OK Raz. A jeśli chcę prowadzić biznes gdzie do zadań będę polecał określonych specjalistów?
Potrzebny jest jakiś system zarządzania odpowiedzialnością. Jakiś sposób, w który będzie można sterować procesem tak, abym to ja był najmniej odpowiedzialny za realizację...
Jakieś pomysły?
Najważniejsze jest to, że zrozumiałem istotę tego problemu. Zamiast się frustrować i obwiniać znalazłem w tym jakiś "bonus", który pomoże mi zbudować lepszy biznes.
Wnioski:
1. Przedstawić klientowi kilka alternatyw, aby on sam mógł dokonać wyboru (przejmując część odpowiedzialności). Warunkiem jest posiadanie portfolio i zakresu umiejętności, a także opinni o efektach pracy moich specjalistów.
2. Specjalista, z którym współpracuję musi reprezentować własną markę, własną firmę i własną osobę - tak aby to jemu zależało na perfekcyjnym wykonaniu pracy i zdobyciu nowych poleceń.
3. Zabezpieczenie strony prawnej procesu. To chyba jeden z najistotniejszych punktów tego toku rozumowania. Odpowiedzialność za wykonanie pracy, bądź jej finansowanie nie może w żaden sposób spoczywać na mnie.
4. Moją odpowiedzialnością jest zarządzanie procesem kontaktu dwóch podmiotów, które chcą zawrzeć biznes.
Jest pewnie jeszcze wiele innych kwestii, których tu nie poruszyłem. Jednak myślę, że zlapałem sedno sprawy. Nie daj się wrobić w odpowiedzialność. Pod żadnym pozorem.
Nie wolno jednak jej unikać. Ważne jest, by nie brać jej za innych.
Im więcej bierzesz na siebie odpowiedzialności za kogoś innego tym więcej kłopotów możesz na siebie ściągnąć. Więc to co myślisz o tym artykule, Twoim biznesie, Twoim życiu jest Twoją sprawą. Jeśli używasz tylko moich wskazówek do budowania biznesu - Twoja "broszka" :-) Sam jesteś odpowiedzialny za to czego mozesz się dowiedzieć zarówno ode mnie, jak i od innych, a także z własnego doświadczenia.
I to by było na tyle..
Dzięki że jesteś :-)
Ale po co o tym piszę?
Nie po to żeby się skarżyć :-) Ostatnio pisałem na temat cech przedsiębiorcy. O tym jak zmienić swoje słabości w swoje mocne strony. Pisałem o delegowaniu zadań i oto z przykrego doświadczenia przyszła nauka.
Czego można się nauczyć, kiedy ktoś nas "opiernicza" za czyjeś niekompetencje i niedbalstwo?
Odwróćmy nieco sytuację. Załóżmy, że prowadzę działalność w ramach tych pięciu cech przedsiębiorcy. Zamiast robić wszystko samemu postanowiłem delegować zadania innym, aby oni mogli się wykazać i zarobić a ja wziąłbym tylko swoją prowizję.. Niech ta osoba wykaże się niekompetencją, niedbalstwem, lub jeszcze gorszymi cechami. Kto za to oberwie?
Odpowiedź wydaje się oczywista: ja.
Zdarzyło Ci się tak, że poleciłeś kogoś w dobrej wierze i straciłeś zaufanie przyjaciół kiedy polecona osoba "dała ciała"? Polecając kogoś bierzemy na siebie odpowiedzialność za to czy ta osoba wykona dobrze czy źle polecone zadanie.
Wniosek z tych rozmyślań, a także wczorajszej sytuacji dał mi nową wiedzę:
NAUCZ SIĘ ZARZĄDZAĆ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ
Wniosek ciekawy, ale jak to zrealizować od strony praktycznej. Przecież nie można zrzucać winy i perswadować przyjacielowi, że powinien się lepiej zastanowić. Nie można się odcinać od odpowiedzialności. Zawsze można się przyznać, porozmawiać.. dojść do jakiegoś porozumienia. OK Raz. A jeśli chcę prowadzić biznes gdzie do zadań będę polecał określonych specjalistów?
Potrzebny jest jakiś system zarządzania odpowiedzialnością. Jakiś sposób, w który będzie można sterować procesem tak, abym to ja był najmniej odpowiedzialny za realizację...
Jakieś pomysły?
Najważniejsze jest to, że zrozumiałem istotę tego problemu. Zamiast się frustrować i obwiniać znalazłem w tym jakiś "bonus", który pomoże mi zbudować lepszy biznes.
Wnioski:
1. Przedstawić klientowi kilka alternatyw, aby on sam mógł dokonać wyboru (przejmując część odpowiedzialności). Warunkiem jest posiadanie portfolio i zakresu umiejętności, a także opinni o efektach pracy moich specjalistów.
2. Specjalista, z którym współpracuję musi reprezentować własną markę, własną firmę i własną osobę - tak aby to jemu zależało na perfekcyjnym wykonaniu pracy i zdobyciu nowych poleceń.
3. Zabezpieczenie strony prawnej procesu. To chyba jeden z najistotniejszych punktów tego toku rozumowania. Odpowiedzialność za wykonanie pracy, bądź jej finansowanie nie może w żaden sposób spoczywać na mnie.
4. Moją odpowiedzialnością jest zarządzanie procesem kontaktu dwóch podmiotów, które chcą zawrzeć biznes.
Jest pewnie jeszcze wiele innych kwestii, których tu nie poruszyłem. Jednak myślę, że zlapałem sedno sprawy. Nie daj się wrobić w odpowiedzialność. Pod żadnym pozorem.
Nie wolno jednak jej unikać. Ważne jest, by nie brać jej za innych.
Im więcej bierzesz na siebie odpowiedzialności za kogoś innego tym więcej kłopotów możesz na siebie ściągnąć. Więc to co myślisz o tym artykule, Twoim biznesie, Twoim życiu jest Twoją sprawą. Jeśli używasz tylko moich wskazówek do budowania biznesu - Twoja "broszka" :-) Sam jesteś odpowiedzialny za to czego mozesz się dowiedzieć zarówno ode mnie, jak i od innych, a także z własnego doświadczenia.
I to by było na tyle..
Dzięki że jesteś :-)
piątek, 3 października 2008
Jak zmienić słabości w mocne strony
Gdybym miał taką moc.. A wiem, że ją mam.. Chciałbym.. Chcę.. Zmienię swoje słabości w moje mocne strony.
Pierwszym punktem będzie świadomość tych rzekomych "słabości"
Zacznę od tego co ludzie mądrzy i bogaci zazwyczaj wytykają mi (aby pomóc mi się rozwijać):
1. "Słomiany ogień"
No tak. Po początkowym okresie megamotywacji i megadeterminacji, zapału, emocji, energii.. wszystko zaczyna gasnąć.. Rozbija się o ścianę negatywnych opinii, ograniczeń i braku analitycznego podejścia do sprawy.
Łatwo rozpalam się do realizacji wspaniałych pomysłów, ale szybko "onieśmielam" się gdy napotykam opór.
Jak więc to zmienić? Jak można uczynić słomiany zapał cechą pozytywną, mało tego uczynić to mocną stroną??
Wydaje się to być niemożliwe, ale za chwilę może jakoś do tego dojdę..
2. Zaczynam przedsięwzięcia i brakuje mocy na zakończenie
To jakby uzupełnienie tego słomianego zapału... Nawet jeśli coś zacznę i robię przez jakiś czas zazwyczaj przy końcu już nie mam siły by to sfinalizować.
Tak metaforycznie:
Kiedyś z jednym z moich dobrych przyjaciół wchodziliśmy po schodach. Byłem już tak zmęczony że na przedostatnim stopniu przed 3 piętrem oznajmiłem, że dalej nie idę - oczywiście dla żartu. Mój znajomy odpowiedział, że zazwyczaj poddaję się przed końcem
sprawy.. I to mnie poraziło jak grom z nieba.. :-) W sensie pozytywnym. Wiedzieć coś co się robi, zdawać sobie z tego sprawę, rozumieć - to jedno - ale być świadomym tego że jest możliwość wyboru to już krok naprzód. Więc postawiłem ten krok i dokończyłem wchodzenie po schodach.. :-) Od tej pory w przypadku pojawienia się myśli o rezygnacji włącza mi się to uczucie, którego wtedy doznałem, że istnieje wybór:
- pozostania w miejscu gdzie się stoi, bądź powrotu
- albo postawienia tego jeszcze jednego kroku do realizacji celu
3. Jeden z moich nauczycieli powiedział mi półżartem, że szukam "Murzyna do pracy" - Nic nie mam do ludzi o ciemnym kolorze skóry, szanuję każdą narodowość i każdego człowieka. Określenie sprawy w ten sposób nawiązuje do brzydkich i okropnych czasów niewolnictwa. W taki sam brzydki sposób miało mnie to motywować do samodzielnego działania a nie szukania kogoś kto zrobi to za mnie.
W istocie. Jest to i jakaś słabość, ale wiem, że może się to stać moją silną stroną. Znajdę sposób, by to wykorzystać.
4. Jadąc dalej z tymi słabościami. Przedstawiam Wam kolejną słabość: brak talentu w jakiejś określonej dziedzinie.
Kiedy piszę, że mi brak talentu - nie chcę wyrażać tu przekonania dołująco desperackiego - typu nic mi w życiu nie wychodzi. NIE! Mam talentów różnych po trochę. To umiem trochę, tamto umiem trochę... Dużo rzeczy umiem, ale w żadnej szczególnej dziedzinie się nie wybijam. Nie wykazuję jakichś szczególnych predyspozycji do bycia megautalentowanym grafikiem, malarzem, księgowym, językoznawcą, lekarzem, nauczycielem... Powiedziałbym raczej, że mam wiedzę ogólną, która pozwala mi porozumieć się z każdym.. Ale o tym za chwilę
5. Aby zbytnio nie rozżalać się nad sobą ostatnią moją rozważaną słabością jest: rozpoczynanie zbyt wielu spraw w stosunku do tego na ilu jestem w stanie się naraz skupić.
Zaczęło się od książek. Nie potrafię inaczej niż czytać ich kilka na raz. Kiedyś próbowałem czytać kolejną książkę po skończeniu pierwszej. Nie mogę jej wtedy ukończyć. Nie umiem się skupić i uwaga mi się rozpływa. Zazwyczaj czytam kilka na raz i wtedy się czuję dobrze. Oczywiście nie czytam wszystkich jednocześnie i w tym samym czasie, bo to fizycznie niemożliwe... :-)
Czytam fragment jednej.. Innym razem czytam fragment innej, potem jeszcze innej. Czasem przeczytam 90% jednej gdy sięgam po następną, a czasem odkładam książkę po kilku minutach by wrócić do niej za tydzień.
Słabość? Nie wiem. Tak mi najwygodniej po prostu i z takim sposobem najlepiej się czuję.
Dość tych gorzkich żali. Czas na słodkie wnioski. Słodkie ze względu na pozytywny aspekt wyciągany z tych doświadczeń. Słodka będzie świadomość i wolność wyboru.. :-)
Szybki skrót "słabostek" ;-)
1. "Słomiany ogień"
2. Brak zakończenia
3. "Murzyn do pracy"
4. Brak specyficznego talentu
5. Zbyt wiele spraw naraz
A teraz: Gdyby znaleźć taki sposób życia, w którym te wszystkie cechy byłyby moją siłą i najmocniejszymi aktywami osobowości...
Jedyne co mi wychodzi z tego równania to... Powiem to szeptem :-) przedsiębiorca
Ale słowo przedsiębiorca ma wiele znaczeń. Ogólnie jest to osoba, która decyduje się na jakieś "przedsięwzięcia", aby się stało "coś".
Jaki więc przedsiębiorca mógłby być ze mnie? A przy okazji - przecież już próbowałem nim być wcześniej...
Żeby być takim przedsiębiorcą o jakim teraz myślę potrzebuję pozmieniać trochę swoje priorytety. Jeden najważniejszy: zamiast udawać, że wszystko wiem i najlepiej potrafię, zamiast udowadniać samemu sobie, że wszystkiego się mogę nauczyć - może lepiej zacząć to zlecać komu innemu... Hmm
Analizując pod tym kątem moje słabości nabiera to wszystko zupełnie nowego koloru:
1. Słomiany zapał (czy ogień jak kto woli) - Oznacza mnóstwo energii na początku, mnóstwo determinacji i powera. Oznacza, że potrafię wyzwolić z siebie wulkan motywacji...
Wniosek1 Nauczyc się oddziaływać tym entuzjazmem na innych, aby i oni złapali odrobinę ciepła tej nowej mocy. Działać na ludzi, którym emocje opadają w stosunku do przedsięwzięcia. Nauczyć się jak motywować ludzi.
2. Brak zakończenia - i tu znów uzupełnienie to słomianego zapału:
Wniosek2Mieć w zespole osobę, która zapewni ciągłość rozpoczętego przeze mnie działania. Osobę, która potrafi sfinalizować i zakończyć pomysł doprowadzając do jego sukcesu. Z tego wniosek kolejny: Zbudować działalność, rozwinąć ją i sprzedać udziały...
3. Murzyn do pracy - Oznacza, że wolę, kiedy ktoś wykonuje coś za mnie. Daleko mi od uważania siebie za jedyną osobę, która potrafi coś zrobić.
Wniosek3Zbudować zespół ludzi. Zamiast stawać na jego czele - motywować zespół do osiągnięcia sukcesu.
4. Brak specyficznego talentu - a tym samym umiejętność "dogadania się" z każdym ułatwia sprawę. Brak ograniczenia w kwesti "wszystko robię najlepiej sam".
Wniosek4Otoczyć się utalentowanymi ludźmi. Znaleźć sposób aby umożliwić im osiągnięcie swoich sukcesów. Zapewnić im możliwości rozwoju w kwestiach, które najbardziej ich interesują. Wniosek kolejny: zamiast napastnikiem - zostać pomocnikiem. Wypracowywać drogę do bramki, aby najbardziej utalentowani mieli szansę "strzelenia gola".
5. Zbyt wiele spraw naraz - rozwijając wielowątkowość mam szansę stania się właścicielem wielu biznesów i wielu inwestycji.
Wniosek5Nauczyć się priorytetowania spraw i zarządzania realizacją projektami. Zbudować wiele zespołów do zarządzania biznesami - albo inaczej - stworzyć wiele samodzielnych dobrze funkcjonujących organizmów
Świadomość tego wszystkiego stała się oświeceniem... Dziękuję za to mojej Opatrzności :-)
A Ty? Czy masz jakieś słabości, które da się zmienic w mocne strony?
PS. Są ludzie, którzy bardziej wierzą we własne ograniczenia niż w nieograniczoność wszechświata... Żal mi ich ;-)
Pierwszym punktem będzie świadomość tych rzekomych "słabości"
Zacznę od tego co ludzie mądrzy i bogaci zazwyczaj wytykają mi (aby pomóc mi się rozwijać):
1. "Słomiany ogień"
No tak. Po początkowym okresie megamotywacji i megadeterminacji, zapału, emocji, energii.. wszystko zaczyna gasnąć.. Rozbija się o ścianę negatywnych opinii, ograniczeń i braku analitycznego podejścia do sprawy.
Łatwo rozpalam się do realizacji wspaniałych pomysłów, ale szybko "onieśmielam" się gdy napotykam opór.
Jak więc to zmienić? Jak można uczynić słomiany zapał cechą pozytywną, mało tego uczynić to mocną stroną??
Wydaje się to być niemożliwe, ale za chwilę może jakoś do tego dojdę..
2. Zaczynam przedsięwzięcia i brakuje mocy na zakończenie
To jakby uzupełnienie tego słomianego zapału... Nawet jeśli coś zacznę i robię przez jakiś czas zazwyczaj przy końcu już nie mam siły by to sfinalizować.
Tak metaforycznie:
Kiedyś z jednym z moich dobrych przyjaciół wchodziliśmy po schodach. Byłem już tak zmęczony że na przedostatnim stopniu przed 3 piętrem oznajmiłem, że dalej nie idę - oczywiście dla żartu. Mój znajomy odpowiedział, że zazwyczaj poddaję się przed końcem
sprawy.. I to mnie poraziło jak grom z nieba.. :-) W sensie pozytywnym. Wiedzieć coś co się robi, zdawać sobie z tego sprawę, rozumieć - to jedno - ale być świadomym tego że jest możliwość wyboru to już krok naprzód. Więc postawiłem ten krok i dokończyłem wchodzenie po schodach.. :-) Od tej pory w przypadku pojawienia się myśli o rezygnacji włącza mi się to uczucie, którego wtedy doznałem, że istnieje wybór:
- pozostania w miejscu gdzie się stoi, bądź powrotu
- albo postawienia tego jeszcze jednego kroku do realizacji celu
3. Jeden z moich nauczycieli powiedział mi półżartem, że szukam "Murzyna do pracy" - Nic nie mam do ludzi o ciemnym kolorze skóry, szanuję każdą narodowość i każdego człowieka. Określenie sprawy w ten sposób nawiązuje do brzydkich i okropnych czasów niewolnictwa. W taki sam brzydki sposób miało mnie to motywować do samodzielnego działania a nie szukania kogoś kto zrobi to za mnie.
W istocie. Jest to i jakaś słabość, ale wiem, że może się to stać moją silną stroną. Znajdę sposób, by to wykorzystać.
4. Jadąc dalej z tymi słabościami. Przedstawiam Wam kolejną słabość: brak talentu w jakiejś określonej dziedzinie.
Kiedy piszę, że mi brak talentu - nie chcę wyrażać tu przekonania dołująco desperackiego - typu nic mi w życiu nie wychodzi. NIE! Mam talentów różnych po trochę. To umiem trochę, tamto umiem trochę... Dużo rzeczy umiem, ale w żadnej szczególnej dziedzinie się nie wybijam. Nie wykazuję jakichś szczególnych predyspozycji do bycia megautalentowanym grafikiem, malarzem, księgowym, językoznawcą, lekarzem, nauczycielem... Powiedziałbym raczej, że mam wiedzę ogólną, która pozwala mi porozumieć się z każdym.. Ale o tym za chwilę
5. Aby zbytnio nie rozżalać się nad sobą ostatnią moją rozważaną słabością jest: rozpoczynanie zbyt wielu spraw w stosunku do tego na ilu jestem w stanie się naraz skupić.
Zaczęło się od książek. Nie potrafię inaczej niż czytać ich kilka na raz. Kiedyś próbowałem czytać kolejną książkę po skończeniu pierwszej. Nie mogę jej wtedy ukończyć. Nie umiem się skupić i uwaga mi się rozpływa. Zazwyczaj czytam kilka na raz i wtedy się czuję dobrze. Oczywiście nie czytam wszystkich jednocześnie i w tym samym czasie, bo to fizycznie niemożliwe... :-)
Czytam fragment jednej.. Innym razem czytam fragment innej, potem jeszcze innej. Czasem przeczytam 90% jednej gdy sięgam po następną, a czasem odkładam książkę po kilku minutach by wrócić do niej za tydzień.
Słabość? Nie wiem. Tak mi najwygodniej po prostu i z takim sposobem najlepiej się czuję.
Dość tych gorzkich żali. Czas na słodkie wnioski. Słodkie ze względu na pozytywny aspekt wyciągany z tych doświadczeń. Słodka będzie świadomość i wolność wyboru.. :-)
Szybki skrót "słabostek" ;-)
1. "Słomiany ogień"
2. Brak zakończenia
3. "Murzyn do pracy"
4. Brak specyficznego talentu
5. Zbyt wiele spraw naraz
A teraz: Gdyby znaleźć taki sposób życia, w którym te wszystkie cechy byłyby moją siłą i najmocniejszymi aktywami osobowości...
1+2+3+4+5= ?????????
Jedyne co mi wychodzi z tego równania to... Powiem to szeptem :-) przedsiębiorca
Ale słowo przedsiębiorca ma wiele znaczeń. Ogólnie jest to osoba, która decyduje się na jakieś "przedsięwzięcia", aby się stało "coś".
Jaki więc przedsiębiorca mógłby być ze mnie? A przy okazji - przecież już próbowałem nim być wcześniej...
Żeby być takim przedsiębiorcą o jakim teraz myślę potrzebuję pozmieniać trochę swoje priorytety. Jeden najważniejszy: zamiast udawać, że wszystko wiem i najlepiej potrafię, zamiast udowadniać samemu sobie, że wszystkiego się mogę nauczyć - może lepiej zacząć to zlecać komu innemu... Hmm
Analizując pod tym kątem moje słabości nabiera to wszystko zupełnie nowego koloru:
1. Słomiany zapał (czy ogień jak kto woli) - Oznacza mnóstwo energii na początku, mnóstwo determinacji i powera. Oznacza, że potrafię wyzwolić z siebie wulkan motywacji...
Wniosek1 Nauczyc się oddziaływać tym entuzjazmem na innych, aby i oni złapali odrobinę ciepła tej nowej mocy. Działać na ludzi, którym emocje opadają w stosunku do przedsięwzięcia. Nauczyć się jak motywować ludzi.
2. Brak zakończenia - i tu znów uzupełnienie to słomianego zapału:
Wniosek2Mieć w zespole osobę, która zapewni ciągłość rozpoczętego przeze mnie działania. Osobę, która potrafi sfinalizować i zakończyć pomysł doprowadzając do jego sukcesu. Z tego wniosek kolejny: Zbudować działalność, rozwinąć ją i sprzedać udziały...
3. Murzyn do pracy - Oznacza, że wolę, kiedy ktoś wykonuje coś za mnie. Daleko mi od uważania siebie za jedyną osobę, która potrafi coś zrobić.
Wniosek3Zbudować zespół ludzi. Zamiast stawać na jego czele - motywować zespół do osiągnięcia sukcesu.
4. Brak specyficznego talentu - a tym samym umiejętność "dogadania się" z każdym ułatwia sprawę. Brak ograniczenia w kwesti "wszystko robię najlepiej sam".
Wniosek4Otoczyć się utalentowanymi ludźmi. Znaleźć sposób aby umożliwić im osiągnięcie swoich sukcesów. Zapewnić im możliwości rozwoju w kwestiach, które najbardziej ich interesują. Wniosek kolejny: zamiast napastnikiem - zostać pomocnikiem. Wypracowywać drogę do bramki, aby najbardziej utalentowani mieli szansę "strzelenia gola".
5. Zbyt wiele spraw naraz - rozwijając wielowątkowość mam szansę stania się właścicielem wielu biznesów i wielu inwestycji.
Wniosek5Nauczyć się priorytetowania spraw i zarządzania realizacją projektami. Zbudować wiele zespołów do zarządzania biznesami - albo inaczej - stworzyć wiele samodzielnych dobrze funkcjonujących organizmów
Świadomość tego wszystkiego stała się oświeceniem... Dziękuję za to mojej Opatrzności :-)
A Ty? Czy masz jakieś słabości, które da się zmienic w mocne strony?
PS. Są ludzie, którzy bardziej wierzą we własne ograniczenia niż w nieograniczoność wszechświata... Żal mi ich ;-)
środa, 24 września 2008
Po co ten blog cz.2
Przeglądałem ostatnio treści, które wpisałem do tego bloga. Po prawej stronie pod moją niesamowicie piękną (pff :-) ) fotą wrzuciłem coś takiego:
"Ten blog służy w celu monitorowania moich postępów w drodze realizacji założonych celów. Wierzę że jego lektura dostarczy Ci wiele radości, energii a przede wszystkim marzę o tym by zarazić Cię pasją do realizacji swoich marzeń"
Czujesz się już zarażony pasją do realizacji marzeń? :-) Czytając mojego bloga miałem wrażenie, że prędzej mogę zrazić niż zarazić realizacją marzeń. (znowu pff :-) )
Dlatego od dziś będzie nieco inaczej.. Będzie nieco ciekawiej.. będzie nieco co nie co bardziej a nawet lepiej niż bardziej :-) i więcej od tego co jest teraz.
Chcesz się przyłączyć do realizacji marzeń? No to jedziemy..
PS. Zdaję sobie sprawę, że ten blog jest publiczny. Zdaję sobie sprawę, ze wystawiam się na pośmiewisko, albo inaczej: daję siebie jako przykład rozwoju przekonań i zwiększania standardów. Wiem też, że tego bloga czytają oczy zarówno te, które powinny, które chcą i mogą się czegoś nauczyć - jak również te, które nie powinny... Te oczy nie wiedzą, że to o nich piszę - ale czuję ich obecność i nie mogę bluzgać bezkarnie na lewo i prawo :-)
Tak czy siak. Postanowiłem tu przelewać więcej swojej wiedzy, więcej pomysłów i więcej sposobów które znam, zamiast tylko rozgrzebywać swoje problemy.. No to ruszamy... ;-]
"Ten blog służy w celu monitorowania moich postępów w drodze realizacji założonych celów. Wierzę że jego lektura dostarczy Ci wiele radości, energii a przede wszystkim marzę o tym by zarazić Cię pasją do realizacji swoich marzeń"
Czujesz się już zarażony pasją do realizacji marzeń? :-) Czytając mojego bloga miałem wrażenie, że prędzej mogę zrazić niż zarazić realizacją marzeń. (znowu pff :-) )
Dlatego od dziś będzie nieco inaczej.. Będzie nieco ciekawiej.. będzie nieco co nie co bardziej a nawet lepiej niż bardziej :-) i więcej od tego co jest teraz.
Chcesz się przyłączyć do realizacji marzeń? No to jedziemy..
PS. Zdaję sobie sprawę, że ten blog jest publiczny. Zdaję sobie sprawę, ze wystawiam się na pośmiewisko, albo inaczej: daję siebie jako przykład rozwoju przekonań i zwiększania standardów. Wiem też, że tego bloga czytają oczy zarówno te, które powinny, które chcą i mogą się czegoś nauczyć - jak również te, które nie powinny... Te oczy nie wiedzą, że to o nich piszę - ale czuję ich obecność i nie mogę bluzgać bezkarnie na lewo i prawo :-)
Tak czy siak. Postanowiłem tu przelewać więcej swojej wiedzy, więcej pomysłów i więcej sposobów które znam, zamiast tylko rozgrzebywać swoje problemy.. No to ruszamy... ;-]
Po co ten blog
"Inteligencję człowieka można zobaczyć w tym, jak zarabia pieniądze, jego mądrość - w tym, jak je wydaje. Najistotniejszą sprawą naszego życia, jest odkryć i robić, to, co się najbardziej lubi, a nawet kocha. Daje to poczucie odnalezienia swojego miejsca w tym czasem dziwnym świecie. Człowiek, który robi to co lubi, pomaga przy tym innym i z głodu nie umiera, wie co to jest satysfakcja z życia i sukces. Taki człowiek niekoniecznie musi być obrzydliwie bogaty, ale na pewno jest szczęśliwy. Po tym można go poznać.
Między nami są ludzie, którym wszystko się udaje. Są i tacy, którym wydaje się wszystko iść jak pod górę. Tamci, po prostu, mają pewne predyspozycje, rodzaj działania i podejście do sprawy. Żeby wyrwać się ponad własną przeciętność, trzeba się nauczyć właśnie takiego podejścia i takiego działania. Inspiracją do przeżycia nadzwyczajnego życia jest pozbycie się poczucia wstydu, że właśnie tego się pożąda.
Nie każdemu człowiekowi jest przypisane zostać multimilionerem. Większość z nas wcale o tym nie marzy. Dla większości najważniejsze jest móc żyć godnie i w dobrobycie. Być wolnym, otwartym na nowe, zdobywać i wyznaczać sobie kolejne, ciekawe cele. Przecież rzeczywistość dzieje się podczas drogi życia, a nie u jej końca. Szczęście i jego rozwój wynika nie tyle z posiadania dóbr, co świadomości braku ograniczeń możliwości i niezwykłej, własnej, umiejętności ich tworzenia.
Bogactwo daje wolność, ale prawdziwa wolność wynika z niezależności od posiadania. Prawdziwa wolność wynika z odkrycia tajemnicy braku ograniczeń w tworzeniu własnego dobrostanu w każdej sytuacji. Prawdziwa wolność pozwala być lepszym i hojnym człowiekiem, wyrozumiałym i wspierającym. Mającym wpływ na otaczającą go rzeczywistość, niosącym swoim bliskim i innym ludziom, radość i szczęście.
"Inteligencję człowieka można zobaczyć w tym, jak zarabia pieniądze, jego mądrość - w tym, jak je wydaje."
Mało kto traktuje pieniądze jak żywą istotę, która ma duszę i własne uczucia. Pieniądz jest taką samą energią, jak wszystko co nas otacza i jaką sami również jesteśmy. Wymaga więc właściwego traktowania i zaspokajania potrzeb, podobnie jak my sami. Posiada swoją wrażliwość. Ma swoje humory, potrafi się obrazić i być otwartym, a najlepiej gdy jest przyjaznym. Jak myślisz, co musisz zrobić, byście stali się nierozłącznymi przyjaciółmi?
Zastanawiasz się czasem: jak traktować pieniądze?" [źródło: http://www.huna.net.pl/name-News-article-sid-531.html ]
Genialne.. Proste.. Weź to :-)
Między nami są ludzie, którym wszystko się udaje. Są i tacy, którym wydaje się wszystko iść jak pod górę. Tamci, po prostu, mają pewne predyspozycje, rodzaj działania i podejście do sprawy. Żeby wyrwać się ponad własną przeciętność, trzeba się nauczyć właśnie takiego podejścia i takiego działania. Inspiracją do przeżycia nadzwyczajnego życia jest pozbycie się poczucia wstydu, że właśnie tego się pożąda.
Nie każdemu człowiekowi jest przypisane zostać multimilionerem. Większość z nas wcale o tym nie marzy. Dla większości najważniejsze jest móc żyć godnie i w dobrobycie. Być wolnym, otwartym na nowe, zdobywać i wyznaczać sobie kolejne, ciekawe cele. Przecież rzeczywistość dzieje się podczas drogi życia, a nie u jej końca. Szczęście i jego rozwój wynika nie tyle z posiadania dóbr, co świadomości braku ograniczeń możliwości i niezwykłej, własnej, umiejętności ich tworzenia.
Bogactwo daje wolność, ale prawdziwa wolność wynika z niezależności od posiadania. Prawdziwa wolność wynika z odkrycia tajemnicy braku ograniczeń w tworzeniu własnego dobrostanu w każdej sytuacji. Prawdziwa wolność pozwala być lepszym i hojnym człowiekiem, wyrozumiałym i wspierającym. Mającym wpływ na otaczającą go rzeczywistość, niosącym swoim bliskim i innym ludziom, radość i szczęście.
"Inteligencję człowieka można zobaczyć w tym, jak zarabia pieniądze, jego mądrość - w tym, jak je wydaje."
Mało kto traktuje pieniądze jak żywą istotę, która ma duszę i własne uczucia. Pieniądz jest taką samą energią, jak wszystko co nas otacza i jaką sami również jesteśmy. Wymaga więc właściwego traktowania i zaspokajania potrzeb, podobnie jak my sami. Posiada swoją wrażliwość. Ma swoje humory, potrafi się obrazić i być otwartym, a najlepiej gdy jest przyjaznym. Jak myślisz, co musisz zrobić, byście stali się nierozłącznymi przyjaciółmi?
Zastanawiasz się czasem: jak traktować pieniądze?" [źródło: http://www.huna.net.pl/name-News-article-sid-531.html ]
Genialne.. Proste.. Weź to :-)
sobota, 13 września 2008
koniec działalności cd
I stało się.
31. sierpnia 2008 r. po 11 miesiącach Intelight systems przestało istnieć.
Ktoś kiedyś opowiadał mi o koncepcji plecaka - i chyba (albo raczej na pewno :-) pisałem gdzieś o tym na blogu :-)
Tak czy siak, nosimy ze sobą plecak "niedokończonych spraw". Nie oddane pieniądze, nie załatwione sprawy, nie wykonane zadania i niedokończone historie. Wszystko to staje się balastem, a im więcej w niego pchasz tym ciężej się idzie.
Gdybym spotkał dzisiejszego siebie przekazałbym mu mnóstwo wiedzy i istotnych informacji... A gdyby udało mi się dzisiaj spotkać "mnie" z przyszłości? Ciekawe co bym sobie powiedział. Jakich rad udzielił i jakie wskazówki przekazał.
Wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku. Wszystko ma swój własny sens, własną naukę i może nawet własną świadomość..
Wracając do plecaka. Zaczynam go powoli rozpakowywać i... rzeczywiście. Czuję ulgę. Cieszę się na możliwość szybkiego rozwiązania moich kłopotów finansowych. Cieszę się, że zaczynam od nowa. I jakoś tak.. Wesoło się robi z tego powodu, że nie wkopałem się jeszcze gorzej.
Jako tester "prawa przyciągania" nadal nie mogę powiedzieć, że to nie działa, że to bujdy dla dzieci itp. Coś zacząłem wbrew światu. Chciałem pokazać, ze wiem lepiej. I doszedłem do miejsca gdzie przyszła mi do głowy myśl "Ups.. To chyba nie jest to co chciałem przyciągnąć".
Gdybym dzisiaj spotkał siebie z przeszłości pewnie opowiedziałbym mu o tym jak mogą się potoczyć sprawy, jak będzie wyglądać rzeczywistość jeśli pójdę tą drogą, ale nie mógłbym go zawrócić, sprzeciwić się, czy na siłę reformować. Wydaje mi się, że aby ugotować obiad o jakim się marzy, trzeba najpierw zdobyć poszczególne składniki. To doświadczenie i ta firma to dopiero podstawy.. Najgłupszym co mógłbym teraz zrobić to się poddać i zrezygnować z realizacji moich marzeń.
Utkwił mi w głowie cytat z filmu "Miasto Boga" (polecam): "Łobuz nie kończy, łobuz robi sobie przerwę"
Rozładuj plecak. Kiedy będzie Ci lżej i będziesz miał trzeźwy, wolny od niepotrzebnego stresu umysł wszystko pójdzie lżej.
Bandler kiedyś na szkoleniu powiedział do słuchaczy: złóżcie obie dłonie naprzeciw siebie przed klatką piersiową po czym przepchnijcie jedną dłonią drugą dłoń... Po kilku sekundach zażartych bojów, siłowań z własnymi rękami Bandler przerwał im i pokazał przesuwając obie ręce w lewo, po czym obie w prawo - zamiast starać się siłą testować która ręka się w końcu złamie. To daje do myślenia. Myślę, że ten ostatni rok był takim właśnie siłowaniem. A są przecież prostsze sposoby. CDN.
Dzięki że jesteś.
31. sierpnia 2008 r. po 11 miesiącach Intelight systems przestało istnieć.
Ktoś kiedyś opowiadał mi o koncepcji plecaka - i chyba (albo raczej na pewno :-) pisałem gdzieś o tym na blogu :-)
Tak czy siak, nosimy ze sobą plecak "niedokończonych spraw". Nie oddane pieniądze, nie załatwione sprawy, nie wykonane zadania i niedokończone historie. Wszystko to staje się balastem, a im więcej w niego pchasz tym ciężej się idzie.
Gdybym spotkał dzisiejszego siebie przekazałbym mu mnóstwo wiedzy i istotnych informacji... A gdyby udało mi się dzisiaj spotkać "mnie" z przyszłości? Ciekawe co bym sobie powiedział. Jakich rad udzielił i jakie wskazówki przekazał.
Wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku. Wszystko ma swój własny sens, własną naukę i może nawet własną świadomość..
Wracając do plecaka. Zaczynam go powoli rozpakowywać i... rzeczywiście. Czuję ulgę. Cieszę się na możliwość szybkiego rozwiązania moich kłopotów finansowych. Cieszę się, że zaczynam od nowa. I jakoś tak.. Wesoło się robi z tego powodu, że nie wkopałem się jeszcze gorzej.
Jako tester "prawa przyciągania" nadal nie mogę powiedzieć, że to nie działa, że to bujdy dla dzieci itp. Coś zacząłem wbrew światu. Chciałem pokazać, ze wiem lepiej. I doszedłem do miejsca gdzie przyszła mi do głowy myśl "Ups.. To chyba nie jest to co chciałem przyciągnąć".
Gdybym dzisiaj spotkał siebie z przeszłości pewnie opowiedziałbym mu o tym jak mogą się potoczyć sprawy, jak będzie wyglądać rzeczywistość jeśli pójdę tą drogą, ale nie mógłbym go zawrócić, sprzeciwić się, czy na siłę reformować. Wydaje mi się, że aby ugotować obiad o jakim się marzy, trzeba najpierw zdobyć poszczególne składniki. To doświadczenie i ta firma to dopiero podstawy.. Najgłupszym co mógłbym teraz zrobić to się poddać i zrezygnować z realizacji moich marzeń.
Utkwił mi w głowie cytat z filmu "Miasto Boga" (polecam): "Łobuz nie kończy, łobuz robi sobie przerwę"
Rozładuj plecak. Kiedy będzie Ci lżej i będziesz miał trzeźwy, wolny od niepotrzebnego stresu umysł wszystko pójdzie lżej.
Bandler kiedyś na szkoleniu powiedział do słuchaczy: złóżcie obie dłonie naprzeciw siebie przed klatką piersiową po czym przepchnijcie jedną dłonią drugą dłoń... Po kilku sekundach zażartych bojów, siłowań z własnymi rękami Bandler przerwał im i pokazał przesuwając obie ręce w lewo, po czym obie w prawo - zamiast starać się siłą testować która ręka się w końcu złamie. To daje do myślenia. Myślę, że ten ostatni rok był takim właśnie siłowaniem. A są przecież prostsze sposoby. CDN.
Dzięki że jesteś.
środa, 27 sierpnia 2008
koniec działalności?
3 miesiące minęło od ostatniego wpisu.
Miało mnie tu już nie być. Blog miał umrzeć śmiercią naturalną. Jednak mój ekshibicjonistyczny styl myślenia i pokazywania światu co myślę wziął górę.
Być może kiedyś pośmieję się z tego tak jak dziś śmieję się czytając moje pierwsze wpisy. Ale.. Gdyby nie one.. Nie byłoby wczoraj i dzisiaj. Wciąż miałbym mnóstwo marzeń - które przeplatają się z rzeczywistością w iluzjonistyczny obraz.
Rok temu wymyśliłem sobie firmę "Utopię" - w 99% było do zrobienia i zarobienia to co sobie zaplanowałem, ale... No właśnie. "ALE"
ale1: wybrałem okrężną drogę i tak jak ktoś kiedyś wspominał zacząłem od dupy strony. Wszystko nie tak jak do końca należało.
"Mierz siły na zamiary nie zamiar podług sił" - pisał Mickiewicz. A ja chciałem mu pokazać że wiem lepiej...
ale2: stworzyłem firmę "warzywko", które tylko ssie ze mnie pieniądze. Byłem nawet tak naiwny żeby pożyczyć dodatkowo na jej utrzymanie podczas gdy ona mnie ściąga w dół i jest moim balastem.
ale3: dałem się złapać w pułapkę ZUSowską o kryptonimie "zniżka składki dla młodych przedsiębiorców". To jest jak nałóg. Myślenie typu "zatrzymam jeszcze działalność póki mam zniżkę bo potem będzie 800 zł do płacenia" a na pytanie po co - odpowiedź: "A jeśli trafi się ważny klient, albo będę miał większą sprzedaż to bez działalności może być z tym kłopot" albo: "A jeśli w ciągu miesiąca szybko powiększę i rozwinę działalność, albo wreszcie znajdę sposób na generowanie dużego dochodu?"
Znowu myślenie okrężną drogą...
ale4: mało myślenia, mało liczenia, mało działania dużo gadania..
ale5: dałem dupy.. i tyle
Co nie znaczy, że nigdy więcej nie będę prowadził działalności. Będę - ale na zupełnie innych zasadach. Przede wszystkim to nie ja będę utrzymywał działalność - tylko ona mnie. A reszta przyjdzie sama.
Póki co pracuję w urzędzie. Praca jest dobra, bezstresowa i wygodna. Płaca sypie solą po oczach, ale jest jakiś konkret. (Przy okazji: mój znajomy (i on wie, że to właśnie o nim piszę ;-) ) polecił mi umieszczenie na monitorze w pracy karteczki z napisem "stała pensja").
Studia potrwają jeszcze rok. Więc dobrze będzie mieć czas, siły i chęci by zabrac się do pracy magisterskiej.
W piątek wybieram się z wnioskami o rozwiązanie działalności gospodarczej. Już dawno powinienem był to zrobić.
A potem? Potem się zobaczy.....:-)
PS. Dzięki że jesteś
Miało mnie tu już nie być. Blog miał umrzeć śmiercią naturalną. Jednak mój ekshibicjonistyczny styl myślenia i pokazywania światu co myślę wziął górę.
Być może kiedyś pośmieję się z tego tak jak dziś śmieję się czytając moje pierwsze wpisy. Ale.. Gdyby nie one.. Nie byłoby wczoraj i dzisiaj. Wciąż miałbym mnóstwo marzeń - które przeplatają się z rzeczywistością w iluzjonistyczny obraz.
Rok temu wymyśliłem sobie firmę "Utopię" - w 99% było do zrobienia i zarobienia to co sobie zaplanowałem, ale... No właśnie. "ALE"
ale1: wybrałem okrężną drogę i tak jak ktoś kiedyś wspominał zacząłem od dupy strony. Wszystko nie tak jak do końca należało.
"Mierz siły na zamiary nie zamiar podług sił" - pisał Mickiewicz. A ja chciałem mu pokazać że wiem lepiej...
ale2: stworzyłem firmę "warzywko", które tylko ssie ze mnie pieniądze. Byłem nawet tak naiwny żeby pożyczyć dodatkowo na jej utrzymanie podczas gdy ona mnie ściąga w dół i jest moim balastem.
ale3: dałem się złapać w pułapkę ZUSowską o kryptonimie "zniżka składki dla młodych przedsiębiorców". To jest jak nałóg. Myślenie typu "zatrzymam jeszcze działalność póki mam zniżkę bo potem będzie 800 zł do płacenia" a na pytanie po co - odpowiedź: "A jeśli trafi się ważny klient, albo będę miał większą sprzedaż to bez działalności może być z tym kłopot" albo: "A jeśli w ciągu miesiąca szybko powiększę i rozwinę działalność, albo wreszcie znajdę sposób na generowanie dużego dochodu?"
Znowu myślenie okrężną drogą...
ale4: mało myślenia, mało liczenia, mało działania dużo gadania..
ale5: dałem dupy.. i tyle
Co nie znaczy, że nigdy więcej nie będę prowadził działalności. Będę - ale na zupełnie innych zasadach. Przede wszystkim to nie ja będę utrzymywał działalność - tylko ona mnie. A reszta przyjdzie sama.
Póki co pracuję w urzędzie. Praca jest dobra, bezstresowa i wygodna. Płaca sypie solą po oczach, ale jest jakiś konkret. (Przy okazji: mój znajomy (i on wie, że to właśnie o nim piszę ;-) ) polecił mi umieszczenie na monitorze w pracy karteczki z napisem "stała pensja").
Studia potrwają jeszcze rok. Więc dobrze będzie mieć czas, siły i chęci by zabrac się do pracy magisterskiej.
W piątek wybieram się z wnioskami o rozwiązanie działalności gospodarczej. Już dawno powinienem był to zrobić.
A potem? Potem się zobaczy.....:-)
PS. Dzięki że jesteś
piątek, 21 grudnia 2007
Spójność
Spójność, spójność, spójność... I powtórzę to raz jeszcze: spójność.
Czy też tak czasem masz że czujesz to uczucie, kiedy odnosisz wrażenie że jesteś jak laser?
Tak naprawdę to jedyna droga.. Albo będę w pełni spójny w dążeniu do realizacji celu albo rozbiegany chaos działań znów rozproszy moją energię. Spójność jest tym co może doprowadzić mnie do moich celów.
Czasem czuję że wszystkie części mojego ducha i ciała razem ze mną ustawiają się w kierunku o jakim marzę.
Wczoraj wydarzyły się różne wydarzenia, które wywołały we mnie właśnie takie uczucie. Gdzieś to czytałem w "jednominutowym milionerze" że pod wpływem wizualizacji i stałego przyciągania swoich celów cały nasz świat przeorganizowuje się i my sami się przeorganizowujemy. Ukierunkowujemy nasze myśli w jedną stronę. To trochę tak jak cząsteczki w metalu są rozłożone w różne strony i dlatego metal nie przyciąga. Magnes jest inny. Jest ukierunkowany. Jego cząsteczki zwrócone są w jednym kierunku (w zależności czy to magnes jedno- czy dwubiegunowy) i przyciąga dzięki temu inne metale.
Spójność. To jest to czego teraz mi trzeba. Tego pragnę i dążę by być absolutnie spójnym w dążeniu do moich celów.
Z każdą sekundą życia, z każdym nowym doświadczeniem i wydarzeniem zauważam, ze wszystko dzieje się w tym kierunku, zaczyna układać się w jedną całość. Początkowo mgliste marzenia, zamienione w cele, konkretne plany stają się rzeczywistością. Nabierają klarowności, puzzle układają się na swoich miejscach. Spójność..
Niech wszystkie części mojej koncentracji w maksymalnym stopniu skupią się na realizacji celu - a wtedy nic mnie nie powstrzyma. Wręcz przeciwnie - cały wszechświat będzie mi pomagał - bo WIEM CZEGO CHCĘ :-)
Niech się stanie to o czym marzę - to lub coś o niebo lepszego..
A Ty? Jesteś spójny w tym do czego dążysz?
Czy też tak czasem masz że czujesz to uczucie, kiedy odnosisz wrażenie że jesteś jak laser?
Tak naprawdę to jedyna droga.. Albo będę w pełni spójny w dążeniu do realizacji celu albo rozbiegany chaos działań znów rozproszy moją energię. Spójność jest tym co może doprowadzić mnie do moich celów.
Czasem czuję że wszystkie części mojego ducha i ciała razem ze mną ustawiają się w kierunku o jakim marzę.
Wczoraj wydarzyły się różne wydarzenia, które wywołały we mnie właśnie takie uczucie. Gdzieś to czytałem w "jednominutowym milionerze" że pod wpływem wizualizacji i stałego przyciągania swoich celów cały nasz świat przeorganizowuje się i my sami się przeorganizowujemy. Ukierunkowujemy nasze myśli w jedną stronę. To trochę tak jak cząsteczki w metalu są rozłożone w różne strony i dlatego metal nie przyciąga. Magnes jest inny. Jest ukierunkowany. Jego cząsteczki zwrócone są w jednym kierunku (w zależności czy to magnes jedno- czy dwubiegunowy) i przyciąga dzięki temu inne metale.
Spójność. To jest to czego teraz mi trzeba. Tego pragnę i dążę by być absolutnie spójnym w dążeniu do moich celów.
Z każdą sekundą życia, z każdym nowym doświadczeniem i wydarzeniem zauważam, ze wszystko dzieje się w tym kierunku, zaczyna układać się w jedną całość. Początkowo mgliste marzenia, zamienione w cele, konkretne plany stają się rzeczywistością. Nabierają klarowności, puzzle układają się na swoich miejscach. Spójność..
Niech wszystkie części mojej koncentracji w maksymalnym stopniu skupią się na realizacji celu - a wtedy nic mnie nie powstrzyma. Wręcz przeciwnie - cały wszechświat będzie mi pomagał - bo WIEM CZEGO CHCĘ :-)
Niech się stanie to o czym marzę - to lub coś o niebo lepszego..
A Ty? Jesteś spójny w tym do czego dążysz?
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)