piątek, 14 listopada 2008

Napieraj, napieraj, napieraj

Przeczekałem chwilę żeby przekonać się czy nawyk rozwinął się na tyle mocno...

Pewnego dnia przeczytałem książkę, o której często się ostatnio pisze. Polecam ją gorąco, tym bardziej że jest dostępna za darmo na http://www.czarodzieje.com.pl/
Książka niezwykła... Magiczna... Cudotwórcza...

Po jej przeczytaniu coś mi się w głowie zaczarowało i otworzyła się jakaś klapka.

Pewnie doskonale zdajesz sobie sprawę, zeby realizować swoje marzenia trzeba coś w tym kierunku robić. Ba! Może nawet masz plan dotarcia do punktu docelowego. Wsiadłeś w ten samochód i chcesz dojechać na miejsce. Tylko, że samochód nie zawsze jedzie tam gdzie chcesz... Tak to jest kiedy się wsiada jako pasażer...

Kiedy ja narysowałem sobie mój cel - 10 000 zł w miesiąc miałem w głowie obraz czegoś niewyobrażalnie wielkiego. Wielka góra do zdobycia. Z lekkim przerażeniem patrzyłem na to i mówiłem sobie "jakoś dam radę.. coś wymyślę". W międzyczasie pojawiło się kilka szans. Może nie na 10000, ale gdyby je rozwinąć... Co najmniej połowę mógłbym szybko zrobić...

Nabyłem pewnego nawyku, którego wtedy było mi brak. Gdy miałem zrealizować jakieś zadanie. Np. zrobić stronę internetową - siadałem przez pół nocy, by zrobić 1/4. Potem miałem awersję i ogromną niechęć do jakiejkolwiek pracy, ale po kilku dniach znów siadałem. Czasem robiłem dużo czasem mało, a czasem nie zrobiłem nic. Realizacja zadania trwała dość długo... (biorąc pod uwagę liczbę przerw pomiędzy działaniem)
Nowy nawyk nie polega na tym by od razu robić całość - bo czasem to niewykonalne. Nigdy nie podobało mi się podejście pracoholiczne do biznesu...

Szukałem jakiegoś rozwiązania, które byłoby skrojone dla mnie. I znalazłem. Akurat dla mnie jest dobry i skuteczny właśnie teraz. Może w przyszłości będę robił to inaczej. Teraz jednak stale napieram na swoje cele.

I choćby to była drobnostka jak np. wykonanie tylko jednego punktu z 10 zaplanowanych do realizacji - muszę ją wykonać. Cały czas czuję potrzebę do realizacji choć drobnego kroczku. Czasem z rozpędu robię więcej, ale najważniejsze by każdego dnia, czy choćby co kilka godzin wykonać coś co przybliży do finału.

Czasem jest tak, że patrzysz na "stertę" zadań do zrobienia i w środku odzywa się taki (jak to było w reklamie PLUS GSM) "wewnętrzny fuj".
Wtedy jest tylko jeden sposób do pokonania go.
Namówić się do zrobienia największej rzeczy na jaką byłbyś się w stanie teraz zgodzić. Czasem jest to pół projektu a czasem tylko zmniejszenie zdjęć czy przeniesienie plików... Ale coś robisz by sfinalizować to dzialanie.

Kiedy zaczniesz do tego podchodzić w ten sposób, może zauważysz, a może nie, że zawsze jesteś w stanie zgodzić się na jakąś mikroskopijną drobnostkę... A z czasem zaczyna się magia...

Jeden z trenerów NLP, którego bardzo cenię, uczył, żeby w dążeniu do celu, w każdym działaniu zawsze zostawiać sobie niedosyt. To będzie tworzyło naturalne "ssanie". Czasem warto jest zrobić mniej niż zamierzasz, bo za każdym następnym razem łatwiej i chętniej przystąpisz do działania... Wyobraź sobie jak by było fajnie gdybyś z łatwością zabierał się do każdego zadania.. :-)

(przykład dla wyjątkowo i ekstremalnie leniwych :-))
Załóżmy że zadaniem jest wrzucenie galerii zdjęć na stronę www. Trzeba zacząć od skopiowania i edycji zdjęć, które dostajesz na płycie. I odzywa się ten wewnętrzny fuj... Niechęć do robienia czegokolwiek.. Jestem pewien że wiesz co to za stan :-)

No to umówmy się że teraz tylko zajmę się edycją zdjęć... i dalej ten fuj..

W takim razie tylko skopiuję fotki na dysk... Ok to nie zajmie długo. Dam radę.

Ale żeby pozostawić niedosyt tylko otworzę folder ze zdjęciami.. (Zawsze mogłem tylko włożyć płytę do napędu albo wyjąć ją z koperty ;p ... Już widzę Twój uśmiech na twarzy, ale bawmy się dalej...)

Do czego zmierzam?

Dochodzimy w pewnym momencie do dna, do czynności, która jest wręcz śmieszna by jej nie zrobić. No bo jeśli już wrzuciłem tą płytkę do napędu to idiotyczne byłoby nie skopiowanie ich na dysk... A kiedy już mam na dysku to chociaż je obejrzę. A potem za godzinę edytuję chociaż jedno.. I tak tworzy się niedosyt. Ssanie, które rozwija się coraz bardziej i bardziej i bardziej.. A po kilku dniach mikroskopijną rzeczą już nie jest włożenie płyty do napędu, tylko edycja jednego zdjęcia...

I nie chodzi tu już o szczegóły i idiotyczność lenistwa, czy wewnętrznego fuja. Stwarzasz sobie atmosferę do realizacji celu.

Co jest ważne?

Przede wszystkim systematyczność. Ale nie narzucona przez kogoś czy nawet przez Ciebie samego.

Mała rzecz a cieszy

Systematyczność wywołana przez to ssanie, które zmienia pogląd na wszystko co do tej pory robiłeś. Z realizacją każdego kroczku przychodzi coraz większa moc, entuzjazm i siła. Z początku jest to tak mikroskopijne jak czynności, które wykonujesz.. a potem przychodzi zdumienie, że realizacja poszła szybciej niż planowałeś...

Do tego koktajlu dolejemy jeszcze trochę alkoholu, żeby było bardziej ekscytująco. Zazwyczaj nie jedna sprawa a tysiące czeka na realizację. Przeploty pomiędzy mikro zadaniami czynią wszystko bardziej sympatycznym do przełknięcia. Niesamowita szybkość realizacji kroczków i ssanie wywołują pewien ciekawy entuzjazm...

Sprawdź to.. użyj.. oceń czy to ma dla Ciebie sens.. a Jeśli masz wielką ochotę na kwiecisty komentarz zacznij od kropki.. potem będzie już lżej :-)

poniedziałek, 3 listopada 2008

nowa praca - tak, ale po co?

Coś się we mnie skrzywiło..

Za namową jednego znajomego próbowałem dziś wypełnić formularz o pracę do jednej z ciekawszych firm w okolicy Rzeszowa jako handlowiec. O ile jeszcze przez CV udało mi się przebrnąć - to list motywacyjny mnie powalił (a niestety było to pole obowiązkowe).

Ściągnąłem sobie gotowca z pracuj.pl. Masakra. Takie włazidupstwo. Jakoś nie mogłem przełknąć że będę dyspozycyjny i lojalny wobec firmy...

Szukanie pracy.. Przecież tyle piszę o biznesie. O działalności gospodarczej... o kreatywnym podejściu do zarabiania pieniędzy... A tu nagle podanie o pracę. Blee.

Coś pojawiło się w myśleniu, które zmienia całe podejście do tego wszystkiego. Ja nie chcę pracować dla kogoś. Chcę pracować z kimś. A to jest różnica. Nie chcę być ich robolem w zamian za coś co w skrócie można nazwać "etat" - chcę współpracować na takich warunkach jakie mnie odpowiadają.

Może to wybujałe poczucie własnej wartości a może świadomość korzyści jakie mogą dać: moja wiedza+doświadczenie+charakter+umiejętności. Nie chcę ich oddawać za pozorne bezpieczeństwo finansowe. A tak naprawdę uzależnione w każdym momencie życia od widzimisie jakiegoś człowieczka nazywanego prezesem.
Chciałbym, żeby ta firma nauczyła mnie skutecznej sprzedaży w zamian za mój czas, ambicję, chęci, pracę i efekty. Chciałbym przy tym zarobić przyzwoite pieniądze...

Więc pytanie jak w temacie: Nowa praca - tak, ale po co?

Czy to tylko wymówka dla braku umiejętności, asertywności, determinacji i jaj do robienia biznesu? Chyba nad tym należałoby popracować a nie nad pisaniem CV. Sama niewiedza jak robić pieniądze także w niczym nie usprawiedliwia...




Odbiegając od tematu: miałem sen. Śniło mi się, że osiągnąłem to co chciałem. Miałem fantastyczny dom, ogród.. na podjeździe stał Jaguar XJR a żonka machała do mnie radośnie z tarasu. I wtedy przyszło olśnienie... Jakiś głos.. A najprawdopodobniej to moje własne myśli powiedziały, że aby osiągnąć to co chcę muszę stale naciskać. Stale chcieć i stale robić coś aby to osiągnąć. W tekscie wygląda to dziwnie ale to nie były tylko słowa. To było też pewne uczucie. Takie "aha", które zmieniło mój pogląd i już teraz jest inaczej...

Tak jak wpadnie się nagle na jakieś rozwiązanie zadania, taki przebłysk. Takie fajne uczucie, że zrozumiałem...